Ludzie nauki: dr Krzysztof Ciesielski

Ludzie nauki: dr Krzysztof Ciesielski

„Ludzie nauki” to cykl rozmów z naukowcami, popularyzatorami nauki, wydawcami książek i osobami zaangażowanymi w kształtowanie szeroko pojętej kultury naukowej. Niektórzy mądre książki piszą, inni je wydają, jeszcze inni angażują się w ich promowanie. Tym właśnie osobom pragniemy oddać głos. Dziś na łamach Mądrych Książek dr Krzysztof Ciesielski, pracownik Instytutu Matematyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, a przy tym zasłużony popularyzator królowej nauk. Nasz rozmówca jest autorem i współautorem wielu publikacji naukowych oraz książek popularnonaukowych, jak choćby „Bezmiar matematycznej wyobraźni” (wraz z dr. Zdzisławem Pogodą) czy „102 zadania dla małych, średnich i dużych matematyków”. Dr Krzysztof Ciesielski porusza w rozmowie wiele wątków – zastanawia się nad problemem matematyczności Wszechświata, opowiada o przyszłości matematyki, jej popularyzacji, o najbliższych planach wydawniczych, swojej miłości do książek oraz… komiksów o Asterixie i Obelixie. Po prostu człowiek z pasją – a właściwie z pakietem pasji, o których potrafi długo, a przy tym zajmująco opowiadać. O czym przekonacie się Drodzy Czytelnicy z poniższej lektury.

Krzysztof Ciesielski (z prawej) ze Zdzisławem Pogodą (z lewej) oraz Ianem Stewartem (w środku)

Krzysztof Ciesielski (z prawej) ze Zdzisławem Pogodą (z lewej) oraz Ianem Stewartem (w środku)

Kamil Trombik: „Księga natury pisana jest językiem matematyki, a jej znakami pisarskimi są trójkąty, koła i inne figury geometryczne, bez których pomocy ani słowa z niej zrozumieć niepodobna.” – głosił kilka wieków temu Galileusz. Czy Pana zdaniem matematyka stanowi tak skuteczne narzędzie do opisu przyrody dlatego, że sam Wszechświat ma charakter matematyczny, jak głosi np. R. Penrose i nasz rodak ks. M. Heller?
Krzysztof Ciesielski: Zaczyna Pan od trudnego pytania… Istotnie, Wszechświat ma charakter matematyczny, dzięki matematyce możemy znakomicie opisać pewne zjawiska przyrodnicze, fizyczne… Słynne zdanie Galileusza „Matematyka jest alfabetem, za pomocą którego Bóg opisał Wszechświat” jest bardzo trafne. Matematyka daje pewne abstrakcyjne narzędzia, które możemy tu zastosować. I odpowiednio się rozwija… Kilka wieków temu mówiło się o regularnych figurach geometrycznych, a kilkadziesiąt lat temu karierę zrobiły fraktale, znakomicie opisujące obiekty mocno postrzępione, jak chmury, szczyty górskie. Matematyka jest obecna wszędzie, mimo że wielokrotnie nie zdajemy sobie z tego sprawy. Każdy chyba wie, że bez matematyki nie można byłoby polecieć w kosmos, nie byłoby Internetu. Oczywiście, nie sama matematyka odgrywa tu rolę. Ale matematyka potrzebna jest też w tak prozaicznych życiowych sprawach, jak złożenie wizyty koledze, u którego nigdy nie byliśmy… Gdyby nie relacje porządku, dzięki którym w sensowny sposób podany jest adres, moglibyśmy długo a bezskutecznie szukać miejsca, do którego się wybraliśmy. Fraktale, o których wspomniałem przed chwila, mają, co może dziwić, ogromne zastosowania praktyczne, na przykład w nowoczesnych mini-antenach w telefonach komórkowych.

Kamil Trombik: Jestem ciekaw, jak obecnie przebiega rozwój matematyki. Czy mógłby Pan wskazać na jakieś znaczące wydarzenia bądź zagadnienia matematyki XXI wieku, z którymi wiązać się może najbliższa przyszłość tej nauki?
Krzysztof Ciesielski: Kolejne trudne pytanie. Chciałbym umieć na nie odpowiedzieć… Może tak: w roku 1900 jeden z najwybitniejszych matematyków w historii, David Hilbert, sformułował listę 23 problemów, które, jego zdaniem, miały wytyczyć drogę matematyki na XX wiek. I okazało się, że są one bardzo ważne, próby ich rozwiązania doprowadziły do istotnego rozwoju matematyki, część z nich rozstrzygnięto, niektóre są do dziś otwarte… Około roku 2000 różne osoby próbowały zrobić coś analogicznego do stworzenia listy problemów Hilberta. Największą sławę zyskało chyba 7 problemów Instytutu Matematycznego Claya; za rozwiązanie każdego z nich oferowano nagrodę w wysokości miliona dolarów. Z tych siedmiu w ciągu 15 lat XXI stulecia rozwiązano jeden – słynną hipotezę Poincarégo. Zrobił to ponad 10 lat temu Grigorij Perelman; nie przyjął zresztą miliona dolarów, ale to oddzielna historia. Rozwiązanie stuletniej hipotezy Poincarégo i jednoczesne rozwiązanie po ponad 20 latach hipotezy geometryzacyjnej Thurstona to osiągnięcie niezwykłe, ale ono raczej zamknęło pewien rozdział matematyki, odpowiadając ostatecznie na różne ważne pytania, w tym związane ze strukturą Wszechświata. Nieraz z kolei próby rozwiązania problemu mogą znacznie wpłynąć na rozwój matematyki, sam problem odsuwając trochę w cień… Tak było ze słynnym Wielkim Twierdzeniem Fermata. Przez ponad 350 lat atakowali je liczni uczeni, dzięki temu wspaniale rozwinęło się wiele działów matematyki, a sam problem w XX wieku, gdy go w końcu rozstrzygnięto, nie był już jako taki ważny, ale wciąż nad wyraz słynny… Co do najbliższej przyszłości, ta „twórcza” matematyka „na szczycie” jest dziś bardzo zaawansowana. Pewną odpowiedź może dać przyjrzenie się temu, za co przyznawane są Medale Fieldsa. Są one przyznawane co 4 lata dwóm, trzem lub czterem osobom i powszechnie uważane za najważniejsze wyróżnienie matematyczne na świecie. Jury składa się z najwybitniejszych ekspertów. Jeśli przeczytamy, za jakie wyniki laureat dostał Medal, możemy stwierdzić – a, ta tematyka jest w tej chwili niezwykle ważna. Tyle, że z dokładniejszym zrozumieniem niektórych wyników niejeden zawodowy matematyk będzie miał spore trudności… Co się stanie w ciągu najbliższych kilkunastu lat – nie wiem. Może zostanie rozwiązany któryś z najsłynniejszych problemów, czekających na odpowiedź przez dziesiątki lat? Może pewne potrzeby naukowe, pochodzące na przykład z fizyki, przyniosą nagły rozwój jakiegoś działu? Pewnych rzeczy nie jesteśmy, a w każdym razie ja nie jestem, w stanie przewidzieć.

Kamil Trombik: Opublikował Pan kilka książek popularyzujących matematykę. Wydaje się, że taka forma propagowania owej „królowej bez nobla”, o której także Pan pisze w jednej z ostatnich publikacji, zdaje się trafiać do ludzi, zwłaszcza młodych, którzy matematykę kojarzą głównie ze szkolną ławą. Czy często ma Pan okazję słyszeć, że te publikacje okazały się dla kogoś przełomem w spojrzeniu na matematykę, a może wręcz iskrą zapalną do poświęcenia się jej zgłębianiu na przykład poprzez wybór studiów matematycznych?
Krzysztof Ciesielski: Czy przełomem albo iskrą zapalną, to nie wiem… Natomiast o książkach, które napisaliśmy wspólnie ze Zdzisławem Pogodą, od wielu osób słyszeliśmy liczne ciepłe słowa – tak od matematyków jak i od niematematyków, od starszych oraz młodych ludzi. Faktem jest też, że niejednokrotnie od studentów matematyki UJ słyszałem, że czytali – gdy jeszcze uczęszczali do szkoły – nasze książki, słyszałem też, że w niektórych przypadkach książki te miały niejaki wpływ nie tyle może na wybór studiów matematycznych, ale na to, że dana osoba zdecydowała się studiować właśnie na UJ. Chociaż, jeśli chodzi o przełom… W miesięczniku „Forum Akademickie” ukazała się 20 lat temu recenzja książki „Bezmiar matematycznej wyobraźni”, podpisana „(mer)”, nie wiem, kto to był. Autor zaczął recenzję od tego, że zawsze towarzyszyło mu uczucie bólu, gdy musiał opanować choćby cząstkę wiedzy matematycznej, tak abstrakcyjnej i oderwanej od życia. Sięgnął jednak do „Bezmiaru” i… bardzo mu się spodobało. Napisał, że książka przywróciła mu nadzieję na to, że może jeszcze kiedyś odrobić część strat z dawno minionych lat szkolnych.

Kamil Trombik: A gdyby miał Pan zachęcić kogoś do studiowana matematyki, to jakich argumentów by Pan użył?
Krzysztof Ciesielski: Może zacznijmy od tego, że nie zamierzam nikogo zachęcać do studiowania matematyki. Studia to poważna sprawa, decyzja wyboru kierunku studiów może zaważyć na całym życiu. Okażę się zbyt przekonywujący i będę miał kogoś na sumieniu? Mogę też osiągnąć efekt odwrotny i moje namawianie da przeciwny skutek… Dawno temu mój kolega powiedział mi, że słyszał naszego wspólnego znajomego agitującego za niepaleniem tytoniu i skomentował: „Nie palę, ale gdybym miał odrobinę słabszą wolę, to bym sobie trzy papierosy jednocześnie do ust wsadził tylko po to, żeby jemu na złość zrobić”. Natomiast, żeby tak całkiem nie uciec od pytania – co bym robił i co nieraz robię, to po prostu powiedział, czego można się na tych studiach spodziewać, w szczególności co mi się samemu tam podoba. Przedstawiana na studiach matematycznych wiedza ma tę niezwykle istotną cechę samej matematyki, że jeśli coś było prawdziwe sto lat temu, to jest prawdziwe dziś i będzie prawdziwe za sto kolejnych lat. W tym aspekcie nic nie zależy od poglądów władz państwowych czy osób decyzyjnych, nic się nie zmieni w efekcie najnowszych odkryć czy nowego sprzętu. Ponadto, tu wszystko opiera się na logicznym rozumowaniu – widzimy związki między kolejnymi faktami, dowodzimy i z radością dochodzimy do końcowego rezultatu. Inną cechą studiów matematycznych jest, że tu ogromna większość zajęć dotyczy samej matematyki, czyli tego, co kandydata na te studia interesuje. Na ogromnej większości kierunków studiów student uczęszcza na rozmaite przedmioty nieraz odległe od tego zasadniczego, związanego z nazwą kierunku – to konieczne, bo musi się nauczyć różnych innych rzeczy, w tym często matematyki. Na studiach matematycznych przedmiotów niematematycznych jest niewiele. Czyli – jeśli ktoś matematykę lubi, to ma na studiach to, co lubi… Inna rzecz, że może się okazać, że ta matematyka na studiach jest trochę inna od tej w szkole, ale jeśli się lubiło tę szkolną, to są duże szanse na polubienie tej uniwersyteckiej.

Kamil Trombik: W książce „Bezmiar matematycznej wyobraźni”, którą współtworzył Pan ze Zdzisławem Pogodą, zwracają Panowie uwagę na to, że specyfika zawodu matematyka polega na tym, że można go realizować właściwie w każdej chwili. „Przemyślenia, główne etapy rozumowania w wielu wypadkach nie wymagają papieru i ołówka – wystarczą szare komórki”. Chciałbym się dowiedzieć, czy przydarzyły się w Pana życiu takie sytuacje, że doszedł Pan do jakichś szczególnie istotnych wniosków podczas rutynowych czynności dnia codziennego. Jeśli tak, to czy takowe sytuacje często mają miejsce?
Krzysztof Ciesielski: Ho, ho! Mnie się to zdarzało niejednokrotnie. Moja druga publikacja naukowa oparta była na pomyśle, na który wpadłem na przystanku tramwajowym. Prowadziłem kółko matematyczne w Liceum Nowodworskiego w Krakowie, do którego przed studiami uczęszczałem, po zajęciach czekałem na tramwaj, który bardzo długo nie przyjeżdżał. Stojąc na przystanku myślałem sobie o tym, nad czym właśnie pracowałem, i wpadłem na kluczowy pomysł… Z kolei najbardziej chyba efektowny wynik w mojej pracy doktorskiej przyszedł mi do głowy w Tatrach; szedłem Doliną Małej Łąki na Przysłop Miętusi, myślałem nad tym, czy można pewne zbiory jakoś ładnie scharakteryzować, no i wykombinowałem coś ciekawego. A z trochę innej beczki, kilka lat temu byłem głównym organizatorem III Kongresu Młodych Matematyków Polskich w Krakowie, w programie był m.in. konkurs matematyczny dla uczestników. Niemal wszystkie pytania na konkurs wymyśliłem pływając w termalnym basenie w Rajcu na Słowacji. Kongres był we wrześniu, ja tam byłem w sierpniu, codziennie pływałem przez dwie godziny i pływając wymyślałem pytania. Ale co tam ja! Ja jestem skromnym, niewiele znaczącym matematykiem. Stephen Smale napisał kiedyś artykuł o tym, co się zdarzyło na plaży Copacabana w Rio de Janeiro. On tam właśnie udowodnił hipotezę Poincarégo, o której już była mowa. Wiem, przed chwilą powiedziałem, że to zrobił Perelman. To było tak, że Poincaré na początku XX wieku postawił hipotezę w przypadku trójwymiarowym, potem problem uogólniono – pytano o pewną własność dla dowolnych wymiarów większych niż dwa i około roku 1960 Smale odpowiedział na pytanie dla wymiarów większych od czwartego, dwadzieścia lat później Freedman dla wymiaru cztery i znowu dwadzieścia lat później Perelman wykazał tę oryginalnie sformułowaną, w pewnym sensie najciekawszą, czyli dla wymiaru trzy. Wracając do Smale’a – jego wynik był niesamowitym osiągnięciem, on między innymi za to otrzymał później Medal Fieldsa. Otóż Smale twierdzi, że leżał sobie na plaży Copacabana, myślał, myślał i wymyślił dowód hipotezy Poincarégo. Natomiast trzeba jeszcze koniecznie zwrócić uwagę na dwa aspekty sprawy. To nie jest tak, że można „strzelić palcami” i ni stąd, ni zowąd mamy rozwiązanie problemu. Do tego głowa musi być przygotowana. Człowiek myśli nad pewnym problemem nad kartką papieru, coś sprawdza w literaturze, przeprowadza pewne rozumowania, kombinuje – wychodzi to i owo albo nic nie wychodzi. Potem przerywa tę pracę, a umysł ciągle pracuje, może nawet w podświadomości… Może się okazać, że do rozwiązania pewnych zagadnień nie jest potrzebna wcześniejsza praca na kartce papieru, ale to może się zdarzyć wtedy, gdy problem dotyczy czegoś świetnie autorowi znanego. A drugą rzeczą jest, że pomysł pomysłem, ale trzeba to – najlepiej w miarę szybko – zapisać, sprawdzić ze wszystkimi szczegółami. Bo może się okazać, że myśl wydawała się fantastyczną, a szczegółowa analiza pokazała, że jednak jest źle – albo, że w rozumowaniu jest luka… Mnie się tak nieraz zdarzało. Każdy jednak ma swój system pracy. Są tacy, którzy pracują niemal wyłącznie przy biurku, w uregulowanych ramach czasowych… Wydaje mi się, że znacznie częstszy jest system pracy podobny do mojego – to znaczy, zarówno przy biurku, jak i w zupełnie innych okolicznościach, przy próbie pokonania problemu nie można się od tego uwolnić – aż się rozwiąże lub podda, a może też odłoży na później.

Kamil Trombik: Jestem bardzo ciekaw, jakie książki czytuje Pan na co dzień? Czy wśród tych lektur jest coś godnego polecenia dla niematematyków?
Krzysztof Ciesielski: Bardzo sympatyczne pytanie. W zasadzie odpowiadać mógłbym przez długie godziny… W dzieciństwie czytałem bardzo dużo, pamiętam, że gdy byłem uczniem siódmej klasy, to na zakończenie roku szkolnego zostałem wyróżniony jako ten, który – z całej szkoły – przeczytał najwięcej książek ze szkolnej biblioteki, a ponadto liczne książki kupowali mi rodzice. Teraz też kupujemy w domu masę książek, sądzę, że kupuję w tempie pięć razy szybszym niż czytam. Kupujemy różne, wiele z nich nie do przeczytania „od deski do deski”, ale do czytania „fragmentami”, gdy jest coś potrzebne czy interesujące – jak na przykład poradniki językowe, książki o Krakowie, książki satyryczne czy związane z humorem, wybrane książki o tematyce historycznej, w tym dotyczące wydarzeń w PRL o których kiedyś nie wolno było pisać, zbiory felietonów czy wspomnienia, liczne książki matematyczne – tak fachowe, jak i popularne. Natomiast tak „dla siebie” czytam głównie beletrystykę, ale tego nie da się jakoś sensownie zaszufladkować. Dodam, że dla mnie czytanie to nie jest jednorazowe przeczytanie. Wielokrotnie wracam do różnych książek, czasem by przeczytać po raz kolejny całość, czasem by jedynie fragmenty, choć znam je prawie na pamięć… Taki „głód czytania”, coś jakby narkotyk, bo bez przeczytania tego i owego nie wytrzymałbym przez kilka dni. Zazwyczaj biorę coś, co znam i się przy czytaniu odprężam, natomiast nowe rzeczy oczywiście też czytam, ale w większej liczbie w okresie wakacyjnym, gdzie mam pewien luz czasowy. A co? Może podam po prostu przykłady, bo jednolitej reguły nie da się tu podać. Dodam, że trudno byłoby mi powiedzieć: „o, ten autor to mój ulubiony”, bo nawet jeśli twórczość konkretnego autora bardzo lubię, to zazwyczaj napisał on zarówno coś, co mi się niezwykle podoba, jak i coś, czym jestem mniej zachwycony. Może zacznę od młodości, dodając, że do wielu książek z tego okresu teraz też czasami wracam – zresztą książki dla dzieci nieraz są nie tylko dla dzieci. Moją ulubioną książką dzieciństwa był „Kubuś Puchatek”, później, już jako dorosła osoba, przeczytałem „Winnie the Pooh” w oryginale, urocza lektura, zwłaszcza że niektóre fragmenty są po prostu nieprzekładalne na język polski. Bardzo podobały mi się książki Edmunda Niziurskiego, niesamowite przygody chłopaków z Niekłaja. Oczywiście Kornel Makuszyński! Przede wszystkim „Szaleństwa panny Ewy”, „Szatan z siódmej klasy” i „Awantura o Basię”. Fantastyczną rzeczą, i to na każdy wiek, są opowiadania René Goscinnego o Mikołajku. O, skoro o Goscinnym, to chętnie przekażę czytelnikom Mądrych Książek pewną uwagę. Co prawda niektórzy uważają komiks za taki pośledni gatunek książki, ale dla mnie komiksy Goscinnego i Uderzo o Asterixie to arcydzieło. Przy czym, niestety, są one bardzo źle przetłumaczone na język polski. Ja się z Asterixem zetknąłem będąc w Anglii, przeczytałem angielskie tłumaczenia, potem te komiksy wydano u nas. Pierwszy zeszyt był przetłumaczony dobrze, ale następne… W tylu miejscach dowcip został po prostu zabity! Najbardziej mnie irytuje przetłumaczenie słynnego powiedzenia Obelixa „Ils sont fous, ces Romains!” na „Ale głupi ci Rzymianie!”. Tam nie chodzi o to, że Rzymianie są głupi! Obelix nie mówi, że są głupi, ale że są zwariowani, szaleni, stuknięci… Po angielsku jest to tłumaczone na „These Romans are crazy”, po włosku na „Sono Pazzi Questi Romani!”, proszę zwrócić uwagę na dodatkowy dowcip – skrót SPQR. Ponadto, przy przekładzie przygód Mikołajka, tego samego autora, przełożonych na język polski znacznie wcześniej, analogiczne zdanie „Il est fou, Agnan!” tłumaczone jest jako „Ten Ananiasz to wariat!”. Aż się prosiło o analogię… Naprawdę nie rozumiem, jak można było tak to sknocić. Co ciekawe, przy drugim wydaniu zmieniono przekład, w paru komiksach było napisane „Powariowali ci Rzymianie!”, co znacznie bardziej odpowiadało oryginałowi, a potem – nie wiem czemu – znowu powrócono do poprzedniego, zepsutego przekładu tego zdania. Może za dużo o tym mówię, ale sprawa mnie bardzo zirytowała, a tu akurat jest idealne miejsce do wyrażenia tej opinii. Ludzie przecież przeważnie nie wiedzą, bo i skąd, jak tekst brzmi w oryginale… Ale wróćmy do bardzo lubianych przeze mnie książek. Arcydziełem jest dla mnie „Lalka” Prusa, wspaniały jest „Faraon”. „Hrabia Monte Christo” Dumasa, „Mistrz i Małgorzata” Bułhakowa… Lubię książki, przy których mogę się pośmiać czy choćby uśmiechnąć. Czytam dużo opowiadań i książek science-fiction, ale też nie jest tak, że wszystko mi się podoba, raczej wolę te starsze, a i to wybrane – ogólnie, chyba częściej wrażenie na mnie robią opowiadania. Znakomite są opowiadania Kuttnera o Hogbenach, bardzo mi się podobały „Gomez” i „Czarna walizeczka” Kornblutha, świetne są wybrane opowiadania Dicka, w szczególności „Przypomnimy to panu hurtowo”. Na podstawie tego został zrobiony potem film, ale opowiadanie przewyższa go o kilka klas, poza tym film –zrobiony już po śmierci autora – istotnie zmienia treść. Przyjemnie się czyta guslarskie opowiadania Bułyczowa. Z polskich autorów… Świetne są te późniejsze powieści Zajdla, jak „Wyjście z cienia” czy „Paradyzja”, niektóre opowiadania Ziemkiewicza – „Cała kupa wielkich braci” i „Żadnych marzeń”, takie książki Marcina Wolskiego jak trylogia zaczynająca się od „Nieprawego łoża”… Ogólnie lubię też książki sensacyjne i kryminalne, ale podkreślam – wybrane, tu jestem dość wybredny. Na przykład świetnie mi się czyta opowiadania Conan Doyle’a o Sherlocku Holmesie. Z późniejszych – MacLeana, Forsytha, Archera – ale też zależy to od konkretnej pozycji. Bardzo lubię – w zasadzie wszystkie – książki Erle Stanleya Gardnera o Perrym Masonie. Napisał blisko dziewięćdziesiąt, na język polski przełożonych zostało prawie pięćdziesiąt – i od dobrych kilku lat czekam bezskutecznie na kolejne… Oj, długo mógłbym tak mówić. W każdym razie wszystkie pozycje, które wymieniłem, gorąco polecam. W domu mamy kilka tysięcy książek… Cóż, jedni wydają na papierosy, inni na alkohol, jeszcze inni na super stroje – ja na książki i płyty CD.

Kamil Trombik: Skoro przy książkach jesteśmy, to czy w najbliższym czasie będziemy mieli okazję znaleźć jakąś nową Pana pozycję na półkach księgarń?
Krzysztof Ciesielski: To następne sympatyczne pytanie. Jesienią powinna się ukazać kolejna książka, którą napisaliśmy ze Zdzisławem Pogodą. Tytuł: „Matematyczna bombonierka”, wydawca: Demart. Książka zawiera 240 małych, samodzielnych w zasadzie jednostek matematycznych – jak w bombonierce. Pada pytanie, i przy okazji odpowiedzi piszemy różne rzeczy o matematyce, matematykach… Takich „czekoladek” jest 200, pozostałe 40 to anegdoty i dowcipy. Przepięknie wydane, kolory, liczne zdjęcia… Skoro o naszych książkach mowa, to może kilka słów więcej na ten temat. Ze Zdzisławem Pogodą przyjaźnimy się od czasów studenckich, w drugiej połowie lat osiemdziesiątych XX wieku zaczęliśmy pisać wspólnie artykuły popularnonaukowe do rozmaitych pism – przede wszystkim dla „Delty”, „Wiedzy i Życia” i „Problemów”. Jak nietrudno się domyślić, do każdego z nich trzeba było pisać inaczej, do gazet codziennych, gdzie też pisaliśmy, jeszcze inaczej… Wpadliśmy na pomysł, by napisać książkę. I proszę sobie wyobrazić, bardzo długo nie mogliśmy znaleźć wydawcy! Takie były czasy, istniejące wówczas wydawnictwa nie kwapiły się do wydawania książek popularnonaukowych o matematyce, choć popularnej książki o matematyce współczesnej napisanej bez rachunków i wzorów wtedy na polskim rynku praktycznie nie było. Po pewnym czasie dostaliśmy prestiżową nagrodę w konkursie na artykuł popularnonaukowy, potem drugą, w innym konkursie… Wtedy zainteresowała się nami „Wiedza Powszechna”. W ciągu roku napisaliśmy „Bezmiar matematycznej wyobraźni”, który potem, proszę sobie wyobrazić, czekał na druk… ponad cztery lata! No cóż, wtedy były takie czasy, że jeśli były sekretarz KC PZPR napisał – albo raczej firmował, bo naprawdę pisał to jakiś dziennikarz – książkę pod tytułem w rodzaju „Nie kradłem więcej niż inni”, to wychodziło to natychmiast i to w wielkim nakładzie. A popularnie o matematyce… niech leży i czeka. „Bezmiar” ukazał się na półkach wiosną 1995, i to w cenie „zaporowej” – kosztował (zależnie od księgarni) zazwyczaj ponad 250 tysięcy, na dzisiejsze pieniądze ponad 25 złotych, było to wtedy bardzo drogo! I jeszcze był kiepsko sklejony. Wydawnictwo umówiło się z drukarnią na egzemplarze szyte, mamy ze współautorem po jednym takim egzemplarzu szytym, bo ¬kilka egzemplarzy szytych drukarnia wysłała wydawnictwu przed dostarczeniem całego nakładu. Następne egzemplarze były jednak klejone, i to bardzo kiepskim klejem; być może drukarnia uważała, że tego i tak nikt czytać nie będzie, więc książka nie będzie otwierana. W efekcie książki się rozlatują. Mimo tego, „Bezmiar” szybko zniknął z półek w księgarniach. Potem mieliśmy pomysł na kolejną książkę, a powstałe w tamtym czasie Wydawnictwo „Prószyński i S-ka” zaczęło wydawać „czarną serię” – „Na ścieżkach nauki”. Skontaktowaliśmy się z Wydawnictwem, Wydawnictwo zainteresowało się naszą propozycją… Latem 1996 dostarczyliśmy komputeropis „Diamentów matematyki”, a w styczniu 1997 książka była w księgarniach. W tejże czarnej serii 10 lat później ukazało się drugie, zmienione i uaktualnione, a potem trzecie wydanie „Bezmiaru” i kosztowało niespełna 20 złotych… Te dwie książki pojawiły się na rynku, spodobały się, różne wydawnictwa teraz same zaczęły być zainteresowane tym, byśmy dla nich coś napisali. Ale sytuacja się odwróciła, bo my, choć mieliśmy różne pomysły, zaczęliśmy mieć coraz mniej czasu… Obaj robimy rozmaite rzeczy, w zasadzie z roku na rok coraz więcej. Dla przykładu, ja w latach 1999-2008 byłem wicedyrektorem Instytutu Matematyki UJ do spraw dydaktycznych, a to mi zabierało tyle czasu, że szkoda gadać… Może jeszcze wspomnę, że w roku 2002 Wydawnictwo Szkolne Omega wydało książkę „Epsilon” – tu była trójka autorów, bo oprócz Pogody i mnie jeszcze Danuta Ciesielska. Myśmy w latach 1991-1997 prowadzili w miesięczniku „Delta” taki kącik matematyczno-humorystyczny, nazywał się „Epsilon”. Zebraliśmy materiały z kącika razem, trochę dodaliśmy i powstała książka… Taki zbiór wielu bardzo krótkich, niezależnych od siebie różnorodnych kawałków. Sądzę, że wiele osób po przekartkowaniu tego w księgarni by książkę nabyło, niestety, w księgarni widziałem ją raz (!), i to w nieodpowiednim dziale. „Epsilon” rozchodził się w zasadzie wyłącznie w sprzedaży internetowej prowadzonej przez wydawnictwo, nakład jest już wyczerpany. A cztery lata temu skontaktowało się z nami Wydawnictwo Demart i – mimo że wciąż nie mamy czasu – udało im się nas namówić do napisania kolejnej pozycji; napisaliśmy „Królową bez Nobla”. Jest przepięknie wydana i, co ważne, cena – jak na ten poziom wydania, kolory, zdjęcia – nie jest wygórowana… Książka napisana jest w formie dialogu, poprosiliśmy by wypowiedzi jednego rozmówcy były wydrukowane antykwą, a drugiego kursywą. Wydawnictwo zaś samo z siebie użyło do druku dwóch kolorów, myśmy nawet nie myśleli, że to może wchodzić w grę… A teraz wkrótce Demart wyda „Matematyczną bombonierkę”, o której wspomniałem, to też napisaliśmy z inicjatywy Wydawnictwa. A skoro mówimy o popularnonaukowych książkach matematycznych na rynku, to może jeszcze coś dodam… Tak, jak mówiłem, ćwierć wieku temu takich książek u nas praktycznie nie było. Teraz jest ich bardzo dużo, są wydawane, choć w księgarniach często daleko ukryte lub nieosiągalne. Ale zauważył Pan pewnie, że w większości są to przekłady? I jest z tym różnie, bo przełożono pewne świetne książki – wymieniłbym na przykład „Matematykę niepewności” Mlodinowa, „Wielkie Twierdzenie Fermata” Aczela czy takie książki Stewarta, jak „Histerie matematyczne” i „Listy do młodego matematyka”, wszystkie zresztą znakomicie przetłumaczone. Skoro mowa o przekładach – warto wspomnieć, że tłumaczenie książek Iana Stewarta jest zadaniem karkołomnym i ogromnym wyzwaniem. U Stewarta jest tyle gry słów, rozmaitych słownych dowcipów, nawiązań do kultury angielskiej, że idealne i pełne przełożenie jego książek to zadanie po prostu niewykonalne. Przekłady Pawła Strzeleckiego są znakomite, on sobie z tym poradził rewelacyjnie, jednak tego idealnie perfekcyjnie przełożyć się nie da. Ukazują się na polskim rynku, jak mówiłem, liczne związane z matematyką książki popularnonaukowe zagranicznych autorów i w ich nawale są też, niestety, pozycje słabsze czy z błędami, i to wcale nie sporadycznymi… A polskich autorów w tym zakresie jak na lekarstwo, choć mamy wiele osób, które mogłyby dobre książki napisać, co można sądzić na podstawie mniejszych form ich autorstwa, choćby w „Delcie”. Uprzedzając pytanie, czemu tak jest – oczywiście przyczyn zapewne jest wiele, ale niewątpliwie jedną z nich jest, że napisanie książki popularnonaukowej o matematyce to rzecz wymagająca poświęcenia wiele czasu, energii, badań, a finansowo jest to rzecz absolutnie nieopłacalna. Może warto o tym wspomnieć, bo, jak słyszałem, niektórzy myślą, że na napisaniu dobrej książki można sporo zarobić. Niewątpliwie, ale nie dotyczy to popularnonaukowych książek w Polsce. Gdybym, na przykład, chcąc napisać książkę kupił sobie w tym celu komputer, to za sam ten zakup musiałbym mocno dołożyć do interesu. W tej chwili matematyczne książki popularnonaukowe piszą chyba wyłącznie nieliczni pasjonaci, i to już nie tacy młodzi.

Kamil Trombik: Chciałbym w tym miejscu bardzo podziękować Panu za rozmowę i poprosić o kilka słów dla czytelników Mądrych Książek…
Krzysztof Ciesielski: A ja bardzo dziękuję za zainteresowanie i przeprowadzenie tego wywiadu. Kilka słów dla czytelników „Mądrych Książek”… No, powiedziałem już ich pewnie w tym wywiadzie nawet parę tysięcy. Może na zakończenie dwie uwagi. Jako miłośnik książek bardzo się cieszę, że w Polsce wciąż jest masa osób czytających książki i kupujących książki. Często bywam w księgarniach. Z bólem obserwuję, że liczne księgarnie niestety znikają, ale klienci w tych, które pozostały, wciąż są i jest ich wielu. A druga uwaga jest taka wspomnieniowa. Wśród moich pamiątek z czasów szkolnych jest wypracowanie… no, wypracowaniem to chyba ciężko nazwać, bo to było w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Gdy już uczniowie umieli pisać, pani podała tytuł: „Co ja kocham” i o tym mieliśmy napisać. Moja odpowiedź zajmowała pół strony, a zaczynała się od słów: „Ja kocham książki”. Następne zdanie brzmiało „Ja kocham rodzinę”, a ciągu dalszego może nie przytoczę.

POLECAMY WCZEŚNIEJSZE WYWIADY Z CYKLU „LUDZIE NAUKI”
Prof. Stanisław Obirek (antropolog kulturowy, historyk)
Prof. Janusz A. Majcherek (socjolog, filozof)
Dr Marcin Ryszkiewicz (geolog, ewolucjonista)
Prof. Jerzy Vetulani (neurobiolog, biochemik, psychofarmakolog)
Piotr J. Szwajcer (szef Wydawnictwa CiS)
————————————————————————-

Autor

Absolwent filozofii oraz teologii na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Doktorant na Wydziale Nauk Społecznych UŚ. Interesuje się m.in. filozofią przyrody, filozofią nauki, logiką, historią i filozofią religii, psychologią, kognitywistyką, bioetyką. W wolnych chwilach zabawia się w dziennikarza muzycznego, pisząc dla magazynu Pure Metal.
  • Leszek Szumlas

    Niesamowity facet. Przyjemnie się czytało, każde słowo… 🙂

Inline
Inline
Google+