Ludzie nauki: Piotr J. Szwajcer

Ludzie nauki: Piotr J. Szwajcer

Wydawnictwo CiS„Ludzie nauki” to cykl rozmów z naukowcami, popularyzatorami nauki, wydawcami książek i osobami, zaangażowanymi w kształtowanie szeroko pojętej kultury naukowej. Niektórzy mądre książki piszą, inni je wydają, jeszcze inni angażują się w ich promowanie. Tym właśnie osobom pragniemy oddać głos na tych łamach. Jako pierwszy w naszym cyklu pojawia się Piotr J. Szwajcer, tłumacz licznych książek popularnonaukowych (w tym takich tytułów jak „Bóg urojony” R. Dawkinsa czy „Pejzaż moralny” S. Harrisa) oraz szef Wydawnictwa CiS, za sprawą którego od ponad dwudziestu lat Polacy mają dostęp do wielu znakomitych dzieł tych autorów, którzy nie tylko tworzą naukę, ale także piszą o niej w sposób interesujący i zrozumiały dla przeciętnego czytelnika. O trudach pracy wydawcy, pasji tłumaczenia książek, fascynacji nauką, jej interdyscyplinarnym charakterze i wielu innych ciekawych zagadnieniach możecie poczytać poniżej.

Kamil Trombik: Nie ukrywam, że to duży zaszczyt gościć Pana na łamach Mądrych Książek. Może na początku pogratuluję Panu wytrwałości – to już ponad dwadzieścia lat, odkąd prowadzi Pan Wydawnictwo CiS. Przez cały ten okres czasu dostarczał Pan polskim czytelnikom cennej literatury popularnonaukowej, bez której wielu ludzi, łącznie ze mną, pozostałoby nieświadomych istnienia całej gamy książek m.in. na temat ewolucji, psychologii, neurobiologii czy wierzeń religijnych. Chciałbym dowiedzieć się, czy tak duża rozpiętość tematyczna wydawanych i tłumaczonych przez Pana pozycji pokrywa się z Pana zainteresowaniami? Bliska jest Panu idea badań interdyscyplinarnych we współczesnych naukach?
Piotr J. Szwajcer: Nie sądzę, by owa rozpiętość była aż tak wielka, jak Pan sugeruje. Staram się po prostu od lat wydawać takie książki, które sam chciałbym przeczytać, a ponieważ interesuje mnie – wciąż jeszcze – świat, w którym żyjemy, szukam książek, które o tym świecie mówią w sposób kompetentny i zrozumiały dla niespecjalisty, a taką wiedzę daje dziś wyłącznie nauka i to nauka w angielskim rozumieniu tego słowa, czyli „science” (nie przepadam za określeniem nauki przyrodnicze i ścisłe). Dlatego wydaję właśnie książki (popularno)naukowe, czyli takie, które mówią o świecie i faktach (empirycznych) o tym świecie, a trzymam się jak najdalej od szeroko rozumianej „humanistyki” (czyli „tekstów o tekstach o tekstach”, jak to ślicznie określił John Brockman).
A skąd interdyscyplinarność? Cóż, po pierwsze rzeczywistość jest interdyscyplinarna, a po drugie współczesna nauka jest tak rozwinięta i rozbudowana, że dyletant i laik, taki jak ja, nie jest po prostu w stanie pojąć większości szczegółowych problemów, którymi zajmują się poszczególne dyscypliny. Nie wiem, przyznam od razu, dlaczego M-teoria musi być 11-wymiarowa, ale uważam, że mieszkaniec XXI wieku ma po prostu obowiązek orientować się, że szkło jest cieczą, wieloryb bliskim krewnym krowy, kiedy powstał Wszechświat, jak wyewoluowaliśmy i jak myślimy. A przynajmniej powinniśmy wiedzieć, co wiemy, a czego nie wiemy i jak tę wiedzę weryfikować. I warto też wiedzieć, jak to się zmienia.
Szkoła – przynajmniej za moich czasów, a mam pewne podstawy, by sądzić, że dziś jest jeszcze gorzej – uczyniła nam wielką krzywdę. Przedstawiano nam świat poszatkowany, a naukę jako zbiór twierdzeń, a nie jako to, czym jest naprawdę: zespołem wciąż nowych pytań, na które szuka się coraz lepszych odpowiedzi.
W rzeczywistości zajmowanie się nauką, nawet tak po dyletancku jak ja, uczy (intelektualnej) pokory. W końcu gdy zaczynałem wydawać książki popularnonaukowe Wszechświat miał dwadzieścia miliardów lat, człowiek – sto tysięcy genów, prawie nikt jeszcze nie słyszał o badaniach Libelta (za to filozofowie rozpisywali się o „wolnej woli”) i nie wiem czy stu ludzi na świecie uświadamiało sobie konsekwencje faktu, że cała obserwowalna materia i energia (a więc gwiazdy i planety, o takim drobiazgu jak życie nie wspominając) to zaledwie kilka procent tego, co istnieje we Wszechświecie. I to tylko w naszym.

Kamil Trombik: Zdradzi Pan, jak doszło do tego, że zaczął interesować się Pan nauką? Czy wpływ na to miała może jakaś szczególna książka albo autor?
Piotr J. Szwajcer: Chyba nie. Nie przypominam sobie w każdym razie. Po trosze odpowiedziałem już zresztą na to pytanie przed chwilą. Czytałem „od zawsze”. Podobnie moja żona, która razem ze mną prowadzi nasze wydawnictwo. Skąd nauka? Otóż studiowałem psychologię i socjologię, a to doskonała metoda, by poznać kompletną jałowość „humanistycznych” debat. Człowiek zaczyna tęsknić za realnym światem, realnymi, niewydumanymi kategoriami, za danymi, a nie pustą spekulacją, a tym przecież właśnie zajmuje się nauka. I raptem, po przełomie roku 1989, okazało się, że nikt nie wydaje takich książek, jakie my byśmy chcieli czytać. Znikły „Problemy”. PIW-owska seria „+/- nieskończoność”, na której się wychowywaliśmy, najpierw się „shumanizowała” (co od dawna nie jest komplementem w moich ustach), a potem praktycznie też znikła. A ja odkryłem Johna Brockmana i cały świat „trzeciej kultury”. I tak już jakoś zostałem w nim na kolejne kilkadziesiąt lat.

Kamil Trombik: Mogę się tylko domyślać, że praca w charakterze tłumacza i wydawcy nie zawsze należy do łatwych i przyjemnych. Czy w swojej działalności popularyzatorskiej nie nadeszła kiedyś taka chwila, że miał Pan ochotę rzucić wszystko w diabły i zająć się czymś innym?
Piotr J. Szwajcer: Tłumaczenie jest akurat moim ulubionym zajęciem i czasem nawet nieźle mi wychodzi. I wciąż mnie bawi, co w życiu najważniejsze. Bycie wydawcą – to zupełnie inny problem. Zwłaszcza bycie bardzo małym wydawcą. Choćby przez to, że oznacza prowadzenie własnej działalności gospodarczej, czyli problemy dokładnie takie same, jakie ma właściciel małego sklepiku. ZUS, Urząd Skarbowy, nieuczciwi kontrahenci (trzy lata temu za sprawą nieuczciwego dystrybutora straciłem równowartość półrocznej sprzedaży…).
Tak – wielokrotnie miałem tego dość i miałem chęć zamknąć wydawnictwo i myślę, że niedługo to zrobię. Również i z tego powodu, że moje propozycje i wybory w coraz mniejszym stopniu spotykają się z zainteresowaniami czytelników. Przykład? Kilka lat temu wydałem książkę „Nowy Renesans. Granice nauki”. To w pewnym sensie kontynuacja jednej z ważniejszych książek w moim dorobku, czyli „Trzeciej kultury” (obie przygotował John Brockman). Antologia tekstów uczonych (tak – uczonych, a nie naukowców) tej rangi co Randall, Deutsch, Minsky, Pinker, Dennett, Diamond, Cronin… Do dziś nie sprzedałem nawet dwóch tysięcy egzemplarzy. Inna rzecz to w ogóle kondycja czytelnictwa w Polsce…

Kamil Trombik: Czy sądzi Pan, że tradycyjna forma książek drukowanych ma szansę na przetrwanie w kontekście coraz łatwiej dostępnych audiobooków oraz e-booków?
Piotr J. Szwajcer: „Na szczęście ja tego nie dożyję”, że pozwolę sobie posłużyć się pointą znanego dowcipu. A tak poważnie – nie sądzę, by w najbliższych latach w Polsce coś takiego nastąpiło. W Stanach Zjednoczonych istotnie dziś już e-książka to niemal połowa rynku, ale u nas to wciąż zaledwie kilka procent. Od ponad roku moje książki też są dostępne w wersji ‘e’, więc dobrze wiem, o czym mówię. Może (to tylko hipoteza, trzeba by szczegółowych badań) moje pokolenie jest po prostu ostatnim czytającym (jak wiadomo, niemal dwie trzecie Polaków nie miało w zeszłym roku w ręku żadnej książki), a dla nas książka wciąż jest nie tylko treścią, ale i przedmiotem. Ładnym przedmiotem. Poza tym jednak z tabletem trudno się siedzi w wannie.

Kamil Trombik: C.S. Snow pisał przed laty w „Dwóch kulturach” o postępującej przepaści, jaka dzieli humanistów i przedstawicieli nauk przyrodniczych. Jednakże późniejszy rozwój takich dziedzin wiedzy jak np. bioetyka zdawał się – przynajmniej w pewnych aspektach – te różnice między dwoma obozami niwelować, dzięki czemu obraz dyskutujących przy jednym stole filozofa i biologa nie musiał budzić aż tak wielkiego zdziwienia. Bioetyka nie jest tu zresztą jedynym przykładem, wystarczy wspomnieć np. o kognitywistyce. Czy uważa Pan, że najbliższa przyszłość przyniesie nam więcej takich interdyscyplinarnych „zbliżeń” na gruncie nauki?
Piotr J. Szwajcer: O tym samym – i to bogatszy o kilkadziesiąt lat doświadczeń – pisał John Brockman w „Trzeciej kulturze”. Niestety. Mam wrażenie, że to wciąż tylko postulat. Interdyscyplinarność doskonale sprawdza się w przypadku „science” (można zaryzykować tezę, że cała dobra nauka jest w tym momencie interdyscyplinarna), ale przepaść między nauką a humanistyką raczej tylko się pogłębia. I wina, moim zdaniem, leży po stronie „humanistów”. Są oczywiście wyjątki – Sam Harris, kiedy postanowił zacząć pisać o nauce, poszedł na Harvard, ukończył kolejne studia i zrobił doktorat z neuronauk. Albo Dan Dennett (Hillis w „trzeciej kulturze” napisał o nim mniej więcej tak: „To świetny facet. Mądry, błyskotliwy, ma genialne pomysły. Tylko nie mam pojęcia, po co przedstawia się jako filozof, skoro jest jednym z nas, naukowców). Humanistyczną normę świetnie pokazał za to Sokal w „Modnych bzdurach” (to jedna z tych paru książek, których żałuję, że nie ja je wydałem. I to nie ze względów finansowych). Sam zresztą czasem zaglądam w tę przepaść, gdy próbuję tłumaczyć moim autorom, że Freud ma tyle wspólnego z nauką i naukową psychologią, co ja z Kościołem katolickim. Humaniści, mam takie wrażenie, a przynajmniej polscy humaniści panicznie boją się nauki, bo ona wymaga intelektualnej i metodologicznej dyscypliny. To teksty o faktach, a nie o tekstach… Znacznie łatwiej pisać o duszy i jaźni.

Kamil Trombik: Tłumaczył Pan książki takich autorów jak Richard Dawkins, Sam Harris czy Steve Stewart-Williams. Czy miał Pan okazję spotkać się z nimi osobiście? Zakładam, że zdecydowana większość czytelników ich książek nigdy nie miała okazji nawet zobaczyć na żywo ich wystąpień, nie mówiąc już o bezpośrednim spotkaniu. Czy Panu udało się zamienić parę słów na przykład z autorem „Boga urojonego”?
Piotr J. Szwajcer: Osobiście z grona autorów (zagranicznych), których książki wydawałem i tłumaczyłem, miałem zaszczyt poznać jedynie Johna Brockmana. Z większością pozostałych miałem kontakt mailowy (przy tłumaczeniu zawsze pojawiają się jakieś wątpliwości). Dawkinsa i Harrisa próbowałem nawet zaprosić do Polski. Niestety z różnych względów plany te się nie powiodły.

Kamil Trombik: Myślał Pan kiedyś o napisaniu własnej książki? Jeśli tak, to jaki zakres tematyczny by obejmowała?
Piotr J. Szwajcer: Myślałem i to ładnych parę razy, ale co sobie coś umyśliłem, to okazywało się, że ktoś to już zrobił wcześniej i lepiej, niż ja bym potrafił. Tak było z „Tu jesteś” czy z „Darwin, Bóg i sens życia”. Zabawne zresztą, że i Potter, i Stewart-Williams wyjaśniali, że napisali taką książkę, jaką napisali, bo od dawna chcieli coś takiego przeczytać i nic nie znaleźli. Może nie przypadkiem na nich trafiłem.
Poza tym ostatnio z różnych względów (ale to już temat na inną rozmowę) odszedłem trochę od nauki i zająłem się religią i jej rolą w naszym kraju. A w tej sferze jestem tylko (zaangażowanym) obserwatorem i nie czuję się na tyle kompetentny, by cokolwiek pisać samemu. Ponieważ jednak już z grubsza załatwiłem, co załatwić chciałem, planuję jeszcze na zakończenie działalności wydawnictwa wrócić na moment do prawdziwej nauki. Choć niewiele mi ostatnio z moich planów wychodzi…

Kamil Trombik: Dziękuję Panu bardzo za poświęcony czas! Czy chciałby Pan na zakończenie przekazać jakieś słowo czytelnikom Mądrych Książek?
Piotr J. Szwajcer: Skoro już są czytelnikami mądrych książek, to mogę im tylko życzyć: „Tak trzymać!”. Czytanie co najmniej nie szkodzi.

Autor

Absolwent filozofii oraz teologii na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Doktorant na Wydziale Nauk Społecznych UŚ. Interesuje się m.in. filozofią przyrody, filozofią nauki, logiką, historią i filozofią religii, psychologią, kognitywistyką, bioetyką. W wolnych chwilach zabawia się w dziennikarza muzycznego, pisząc dla magazynu Pure Metal.
Inline
Inline
Google+