Banach. Geniusz ze Lwowa

Banach. Geniusz ze Lwowa

Autor: Józef Kozielecki

  • Seria/cykl wydawniczy: –
    Wydawnictwo: „Żak”
    Data wydania: 1999
    ISBN 83-88149-02-4
  • Wydanie: papierowe
    Oprawa: miękka
    Liczba stron: 112

Są książki popularnonaukowe pełne dat i faktów. Są takie, w których ważną rolę odgrywają ilustracje. Są też te, które informacje przekazują w formie opowieści. I wreszcie są eseje, pozwalające autorowi na większą swobodę, na dodanie prywatnych opinii do faktów. Tego typu książkę napisał Józef Kozielecki – polski psycholog, profesor nauk humanistycznych, specjalista z zakresu psychologii myślenia i psychologii transgresji. Mała zielona książeczka zaciekawiła mnie podwójnie. Do wzięcia do ręki zachęcił mnie tytuł: Banach. Geniusz ze Lwowa. Profesor psychologii piszący o Banachu? Znający w ogóle to nazwisko? Może być ciekawie. Jeszcze bardziej intrygująco stało się po otwarciu książki: sporą jej część autor postanowił poświęcić odniesieniom do życia i twórczości Adama Mickiewicza. Przyjrzyjmy się książce bliżej.

Z ukochanym przez Stefana Banacha, najwybitniejszego polskiego matematyka w historii, Lwowem autor ma kontakt osobisty – spędza w nim lato 1975 roku. Odwiedza nawet grób Banacha (zawstydzająco skromny grób nieopodal okazałego grobowca Marii Konopnickiej). Historia polskiego matematyka przeplata się w opisem Lwowa. Czytamy o tym, jak Banacha próbowano zachęcić do wyjazdu do Ameryki (wręczając mu czek z jedną tylko cyfrą ­– jeden – i informacją, by wpisał tyle zer, ile uzna za stosowne) i o najdziwniejszym chyba w historii nauki miejscu spotkań: Kawiarni Szkockiej, w której nad matematyką siedziano w towarzystwie dymu tytoniowego i sporych ilości alkoholu, a wyniki zapisywano ołówkiem na blatach marmurowych stolików.

Już od pierwszych stron autor konsekwentnie realizuje założenie pisania eseju, nie tradycyjnej biografii. Nie mam ku temu nic przeciwko – jednak o ile esej jest formą swobodną, o tyle wymagać by należało od niego dwóch rzeczy: prawdziwości podawanych informacji oraz… sensu. Rozumiem, że autor mógł mimo najlepszych chęci nie rozumieć, dlaczego brzmi nieco śmiesznie, że ktoś w Kawiarni Szkockiej  zapisywał znaki w rodzaju y=f(x+z)  (s. 18) i czemu niekoniecznie matematycy zawsze starali się udowodnić twierdzenie za pomocą metody dedukcyjnej  (s. 19), ale imię matki głównego bohatera sprawdzić by wypadało (a tymczasem na s. 12 widnieje jako Barbara).

Powiedzmy jednak, że pojedyncze błędy merytoryczne po prostu w esejach nierzadko się zdarzają, a te w sformułowaniach okołomatematycznych raczej nikomu nie zaszkodzą – kto z matematyką miał jakikolwiek kontakt, wie, o co miało chodzić, a kto nie wyszedł poza proste rachunki, i tak nie zauważy różnicy. Niestety, główny problem książki leży jednak gdzie indziej.

Jak wspomniałam, autor to profesor psychologii. Nie dziwi zatem, że chciałby na opisywane postaci spojrzeć przez pryzmat swojej dziedziny. Wierzę, że zapewne da się to zrobić sensownie. Tego jednak, co czytamy w tej książce, nie można nazwać inaczej niż pseudointelektualnym opisywaniem oczywistości za pomocą wielu w założeniu mądrych słów. Przeczytajmy choćby to: Dlaczego uczelni lwowscy – a za ich przykładem uczeni zagraniczni – wyznaczali nagrody za idee matematyczne? Jako psycholog zdolny jestem podać dwie interpretacje: b e h a w i o r y s t y c z n ą   i   l u d y c z n ą. Zgodnie z pierwszą, najważniejszą rolę w zachowaniu praktycznym i poznawczym odgrywają wzmocnienia pozytywne i wzmocnienia negatywne. Ludzie podejmują działania, takie jak budowa domu czy rozwiązywanie zadań umysłowych, dlatego że oczekują nagrody albo chcą uniknąć kary. […] Znając rytm życia i zwyczaje uczonych lwowskich proponuję interpretację ludyczną. Nagrody wyznaczane przez Banacha, Mazura czy Schaudera pełniły funkcję zabawową. Były elementem rozrywki. […] Sporo racji mają ci psychologowie, którzy twierdzą, że dążenia i przeżycia z dzieciństwa, na przykład potrzeba zabawy, mogą przetrwać do okresu dojrzałego; wówczas „dorosły” nosi w sobie „dziecko” (s. 23). Czy naprawdę do tak „odkrywczych” wniosków trzeba aż profesury z psychologii? Oczywiście, można powiedzieć, że matematycy do rozwiązywania naukowych problemów mieli „motywację wewnętrzną” i „motywację zewnętrzną” (s. 26, 27) – tylko po co? Można też, zamiast stwierdzić, że Banach był towarzyski, powiedzieć, że „miał silną potrzebę afiliacyjną” (s. 29) – czy jednak na pewno zdanie to brzmi mądrzej? Nie sądzę też, by cokolwiek wnosiło tłumaczenie czytelnikom, że przypadek to losowe zdarzenia, które nie są określone przez żadne widzialne czynniki (a naprawdę takie zdanie w tej książce istnieje! Kto nie wierzy, niech zajrzy na s. 38). Czy po krótkiej historii, jak to zagraniczni matematycy chcieli zobaczyć w Polsce ulicę Banacha, udali się tam, zobaczyli wielki niezabudowany teren i skomentowali, że to nie jest ulica Banacha, ale raczej przestrzeń Banacha (s. 40) naprawdę trzeba było dodać zdanie Historyjka ta ma wartość symboliczną? Sformułowanie, że Banach dokonał transgresji matematycznej na miarę stulecia trudno zinterpretować inaczej niż chęć wpisania na siłę do przypisu książki Kozieleckiego o trangresji, która to książka do Banacha ma się nijak (s. 51). Trudno oprzeć się wrażeniu, że dla autora pisanie o czymkolwiek jest tak naprawdę tylko pretekstem do pisania o nim samym. Na tylnej stronie okładki zresztą widnieje wyłącznie opis-reklama pana Kozieleckiego, a o Banachu ani słowa.

Autor ma poczucie, że pisze dzieło przełomowe i wstrząsające. I tak na początku rozdziału trzeciego, w którym porównuje Stefana Banacha i Adama Mickiewicza, czytamy: Mój zamiar może wywołać szok i osłupienie. Wielu badaczy zarzuci mi, że porównuję postacie nieporównywalne, że podejmuję zbyt duże ryzyko poznawcze. […] (s. 63). Cóż, jedynym, co może wywołać szok i osłupienie jest myśl, że ktoś z tytułem naukowym profesora nie odczuwa najmniejszego dyskomfortu w podawaniu swoich prywatnych opinii na tematy, na których się nie zna, jako prawd objawionych. Kozielecki nie zna się ani na matematyce, ani na literaturoznawstwie, co bynajmniej nie przeszkadza mu w wygłaszaniu na przykład dyskredytujących komentarzy odnośnie do Pana Tadeusza (s. 68), zupełnie zresztą bzdurnych. Gdyby był to niewykształcony człowiek, jego zarozumialstwo byłoby nieco śmieszne. W przypadku profesora jednak brak jakichkolwiek zahamowań w wygłaszaniu prywatnych opinii na tematy, o których nie wie nic, w sposób jednoznacznie sugerujący, że to fakty – nie bawi wcale. On nie wie nawet, że przestrzeń Banacha wcale nie musi być nieskończenie wymiarowa (patrz s. 27), ale udaje, że doskonale to pojęcie rozumie! Zdecydowanie wolę uczciwe podejście Mariusza Urbanka, autora książki Genialni, Lwowska szkoła matematyczna, który w wywiadach podkreśla, że nie był w stanie zrozumieć, czym jest przestrzeń Banacha – do napisania eseju czy biografii wystarczy bowiem rzetelność, a niekoniecznie uniwersytecka wiedza. Rzetelność – i jednak pewien literacki talent. Książka Kozieleckiego jest jednak nie tylko niedobra merytorycznie, ale też po prostu nudna. Chciałoby się rzec: i całe szczęście! Małe są bowiem szanse, że ktoś ją przeczyta.

Pozycja ta nie jest jednak w całości zła: zawiera dwa dobre dodatki. Pierwszy to tekst Zofii Pawlikowskiej-Brożek, będący po prostu kilkustronicową biografią Stefana Banacha, ciekawie napisaną, wzbogaconą świetnie dobranymi cytatami, doskonale oddającymi atmosferę panującą wokół Banacha oraz liczącą 21 pozycji bibliografią – w czasach wydania książki obejmującą większość dostępnych tekstów o Banachu. Uwaga: bibliografii tej nie należy pomylić z „bibliografią” podaną przez Kozieleckiego, w której więcej miejsca zajmuje on sam, niż Banach (sic!). Drugi dodatek to tekst Juliana Musielaka, profesora matematyki specjalizującego się w analizie funkcjonalnej, stworzonej przez Banacha, opisujący (z konieczności bardzo skrótowo i w ogromnym uproszczeniu) dorobek naukowy Banacha. Dla większości czytelników będzie on niestety zbyt trudny, ale warto spróbować się z nim zmierzyć – choćby po to, by przekonać się, że uprawiana w XX wieku matematyka to nie piętrowe rachunki, a słowa i litery. Są to jedyne dwa rozdziały napisane poprawną polszczyzną, bez błędów językowych, bez literówek, bez niechlujności edytorskiej.

Stefan Banach doczekał się kilku prób biografii. Wspomnijmy dwie wydane niedawno, zupełnie różne, świetnie się dopełniające: pełną faktów pod redakcją Emilii Jakimowicz i Adama Miranowicza oraz pełną opowieści i anegdot Mariusza Urbanka. Czy warto zatem zaglądać w ogóle do Banacha. Geniusza ze Lwowa? Do dodatków – jak najbardziej. Główna jej część jest jednak niestety w mojej opinii bezwartościowa.

Kategorie wiekowe:
Wydawnictwo:
Format:
Wartość merytoryczna
Poziom edytorski
Atrakcyjność treści
OCENA
Wydawać by się mogło, że eseje o wielkim matematyku, napisane przez profesora psychologii, będą ciekawe. Niestety! Sporo błędów merytorycznych, pseudonaukowości, zarozumiałego podawania prywatnych (nierzadko niemających żadnego pokrycia w rzeczywistości) opinii jako prawd objawionych, żadnej redakcji, a sama treść - nudna... Niezerową liczbę punktów przyznaję wyłącznie za dodatki - pióra innych autorów. Aż dziw, że znalazły się w takiej książce.

Autor

Matematyk. Absolwentka matematyki teoretycznej i modelowania matematycznego. Interesuje się historią matematyki, popularyzacją nauki oraz edytorstwem. Redaktor i korektor. Lubi literaturę piękną i pieczenie ciast i ciasteczek.
  • Dominik Kurek

    1.5 gwiazdki, a książka była prezentowana i polecana w audycji Homo science

    • Joanna Zwierzyńska

      Szczerze mówiąc, zastanawiałam się, czy nie dać niższej 😉

Inline
Inline
Google+