Ssaki neotropików odkryte przez polskich naturalistów

Ssaki neotropików odkryte przez polskich naturalistów

Autor: Łukasz Piechnik & Przemysław Kurek

  • Konsultacja naukowa: zespół
    Wydawnictwo: Instytutu Botaniki PAN – Kraków
    Data wydania: 2016
    ISBN: 978-83-62975-29-7
  • Wydanie: papierowe
    Oprawa: twarda
    Liczba stron: 356
Książka prezentuje unikalne informacje o dorobku polskich przyrodników i eksploratorów Ameryki Południowej w XIX i na początku XX wieku. Autorzy prezentują działalność polskich naturalistów skupionych głównie wokół warszawskiego Gabinetu Zoologicznego opisując ich dorobek w kontekście historycznym i przyrodniczym.
Praca ta promuje i wydobywa z zapomnienia postaci i dokonania polskich zoologów (część historyczno-biograficzna) oraz szczegółowo opisuje ich dorobek w postaci odkryć nowych dla nauki gatunków ssaków (część zoologiczna).
Niejednokrotnie zwierzęta te są do dziś mało znane współczesnej nauce a specjaliści z obu Ameryk i Europy często nie mają świadomości, że poznanie tych gatunków zawdzięczają Polakom i ich niezwykłej determinacji w poznawaniu przyrody nowego lądu. Praca ta jest efektem szerokiej korespondencji z muzeami oraz badaczami i specjalistami z całego świata, a także własnego przeglądu i weryfikacji zapomnianych zbiorów muzealnych.
informacja wydawcy

Wbrew twierdzeniom niektórych znajomych uważam, że zajmowanie się historią nauki jest celowe, potrzebne i twórcze. Szczególnie radośnie, co dość oczywiste przy moich zainteresowaniach badawczych, witam książki dotyczące polskich eksploratorów Ameryki Południowej. Taką właśnie pozycją są Ssaki neotropików…. Niezmiernie spodobało mi się użyte w tytule słowo: „naturaliści”. Termin ten rzadko pojawia się w polskich tekstach, a w sumie szkoda. Należy jednak od razu nadmienić, że jest to romanizm, który ma nieco odmienne znaczenie w języku polskim, niż we francuskim. W niniejszym tytule pojawia się jako kalka językowa, co nie jest poprawne, ale dla mnie ma pewien urok i nie czynię z tego zarzutu. Naturalista to po polsku „zwolennik, przedstawiciel naturalizmu w literaturze, w sztuce, w filozofii”, po francusku zaś w pierwszym znaczeniu „specjalista nauk przyrodniczych”, a także „preparator” (tłum. – MW).

Książka pisana i wydana przez naukowców, szeroko (jak wynika z podziękowań) konsultowana, po redakcji naukowej i korekcie nie ustrzegła się jednak błędów merytorycznych. Twarda oprawa, kredowy papier, niektóre ilustracje, a także indeksy i ciekawa bibliografia w zasadzie wyczerpują jej pozytywny potencjał. Śpieszę wytłumaczyć dlaczego. Mam w swojej klasyfikacji książek kategorię: untagged – czyli prace o nieznanej (przynajmniej mnie) grupie docelowej i ta pozycja właśnie do nich należy.

Konstrukcja pracy jest nietypowa i potencjalnie ciekawa, ale realizacja jest już dla mnie niepojęta. Składa się ona z fragmentów biograficzno-historycznych przeplatanych częściami zoologicznymi. Główny problem polega na tym, że te dwa typy tekstu absolutnie nie składają się w spójną całość. Części dotyczące biologii są po prostu kartami katalogowymi opisu systematycznego z podaniem nazwy polskiej i łacińskiej, taksonomii, morfologii, rozmieszczenia geograficznego i biotopu, biologii i ekologii, historii odkrycia i opisania, zagrożeń i ochrony gatunkowej, gatunków podobnych i klucza do rozpoznawania. Ufffff…. świetnie i profesjonalnie – tylko po co? Zoolog wie i potrafi sięgnąć do źródła, zresztą w perspektywie południowoamerykańskiej różnorodności biologicznej jest to – nie oszukujmy się – marginalny wycinek. Nieprofesjonaliście zaś tak detaliczny opis kilkunastu gryzoni (które dla niewprawnego oka, na pierwszy, drugi, a nawet trzeci jego rzut wyglądają tak samo), kilku nietoperzy i nielicznych innych zwierząt nie jest do niczego potrzebny ani co zdecydowanie ważniejsze – ciekawy. Należy tu dodać, że większość z przedstawionych zwierząt ma niezmiernie zbliżoną taksonomię, morfologię, rozmieszczenie geograficzne i biotop, biologię i ekologię, historię odkrycia i opisania, oraz dotykające je zagrożenia i ochronę gatunkową. Wzbogacimy zatem swoją wiedzę głównie o niecodzienne polskie nazwy gatunkowe: innoryżak wytworny, inkomysz malowana, sierściak Jelskiego, pakarana Branickiego, kłuiszka kolczasta, andowiak Taczanowskiego, goblinek Kalinowskiego, tukotuko tajemniczy, dymnica motylowa i parę innych.

Dodatkowo w częściach historycznych książka okraszona jest bardzo dużą ilością przypisów (tzw. dolnych). Nie można czynić z tego zarzutu tekstowi naukowemu (wręcz przeciwnie – to jego zaleta), jednak w pracy popularnonaukowej, na dłuższą metę, w takiej ilości one po prostu przeszkadzają. Przedstawione biogramy są bardzo szczegółowe i niektóre z nich stają się przez to trochę nudne, przyjmując postać kalendariów-wyliczanek.

Najciekawsze w książce są dwa pierwsze rozdziały dotyczące ogólnie przyrody neotropików i historii badań przyrodniczych w Ameryce Południowej (łącznie 70 stron) oraz zakończenie i one powinny być też najlepsze. W zasadzie lekturę można przerwać po ich przeczytaniu i tylko na wyrywki przejrzeć sobie pozostałą część. Trzeba jednak skomentować parę kwestii pojawiających się we wspomnianych rozdziałach, bowiem okazują się one niestety najsłabszą stroną książki. Nasamprzód: co oznacza stwierdzenie: „lasy Amazonii pierwotnie zajmowały powierzchnię” (s.12)? Czytelnik może być trochę skonfundowany bowiem nie wiadomo o jaką „pierwotność” chodzi. Dziś wiemy, że lasy amazońskie nie istniały „od zawsze”, ich zasięg zmieniał się znacząco nawet w czwartorzędzie, a niektórzy twierdzą, że w ogóle na początku tego okresu nie istniały. Bardzo szybko również pojawiający się las zaczyna być modyfikowany przez człowieka (obecnego w Ameryce Południowej już przed jego powstaniem). Powtórzę: o jaką zatem pierwotność chodzi? Dodatkowo w stwierdzeniu Autorów ukryte jest inne założenie, które w ich tekście nie jest wystarczająco wyjaśnione: co to jest Amazonia? To pozornie banalne pytanie okazuje się wcale istotne, kiedy zaczynamy wertować literaturę tematu i co rusz napotykamy na inną definicję obszaru/zasięgu Amazonii i lasu amazońskiego. Oczywiście istnieje pewien konsensus wśród badaczy i można zaproponować konkretne granice – Autorzy niniejszej książki tego jednak nie czynią. Co więcej nie dają w omawianym fragmencie żadnego przypisu, którymi gdzie indziej hojnie szafują. Jedyna obecna „w okolicy” praca to polskie opracowanie dotyczące zagadnień współczesnego kurczenia się lasów tropikalnych, wydane w roku 1999, a więc bez mała 20 lat temu – to trochę dużo jak na prężnie rozwijającą się ekologię i paleoekologię neotropików.

Moim zdaniem Autorzy pisząc o najstarszych dziejach i „mieszkańcach” tworzącej się Ameryki Południowej znacząco nie doceniają roli geologii (czy sytuacji paleogeograficznej), co prowadzi ich do zbyt daleko idących uproszczeń. Możemy zgodzić się, że do oddzielenia Ameryki i Antarktydy doszło w oligocenie ok. 33 mln lat temu, chociaż wydarzenia tego zazwyczaj tak dokładnie się nie datuje pozostając przy stwierdzeniu „w oligocenie” (czyli między 33.9 a 23.03 mln lat temu wg. International Chronostratigraphic Chart 2016). Przeczytajmy jednak dwa zdania, na stronie 21: „Po rozpadzie Gondwany w późnym mezozoiku i na początku kenozoiku Ameryka Południowa była połączona lądem jedynie z Antarktydą.” oraz na stronie 23: „świeżo powstała „wyspa”, jaką stanowiła Ameryka Południowa we wczesnym oligocenie, była jeszcze niezbyt oddalona od sąsiednich kontynentów, a zwłaszcza Afryki”. Te dwa zdania wzajemnie sobie przeczą. Wydatujmy je i jeszcze raz zestawmy ze sobą. Z pierwszego dowiadujemy się, że Ameryka Południowa pomiędzy 67 a 64 mln lat temu „była połączona lądem jedynie z Antarktydą”. Z drugiego zaś, że ok. 33.9-28 mln lat temu była ona „świeżo powstałą „wyspą””. Czyli po 33 milionach lat była wciąż świeżo powstałą wyspą?!? Dodajmy tu, że sformułowanie „niezbyt oddalona od sąsiednich kontynentów, a zwłaszcza Afryki” jest delikatnie mówiąc nieprecyzyjne, bowiem odległość tę we wczesnym oligocenie szacuje się już na co najmniej 2000 km.

Ameryka Południowa „wyspą” była rzeczywiście długo, wystarczająco długo, żeby wykształciło się na niej bardzo wiele endemicznych gatunków. To „długo” nie stanowi mimo wszystko, jak piszą Autorzy „większości ery kenozoicznej”. Policzmy: kenozoik to 66 mln lat, przez chwilę (ok. 1 mln lat) istnieje jeszcze połączenie Ameryki Południowej i Północnej (tzw. GAAR-landia), do co najmniej 30 mln lat temu istnieje połączenie z Antarktydą, zaś od ok. 3 mln lat temu ponownie pojawia się ciągłe połączenie z Północą (Przesmyk Panamski). Czyli Ameryka Południowa jest wyspą przez ok. 27 mln lat. To stanowi niecałe 41% ery kenozoicznej, czyli jednak nie „większość”. Zresztą wspomniane wyżej 3 mln lat jako data powstania Przesmyku Panamskiego jest dużym uproszczeniem, bowiem szacuje się dziś, że już 10 mln lat temu pierwsze lądowe fragmenty późniejszej Ameryki Środkowej zaczęły umożliwiać coraz intensywniejszą wymianę fauny i flory między Amerykami.

Najstarsze ssaki (a dokładniej cynodonty ssakokształtne) pojawiają się ok. 225 mln lat temu, w górnym triasie. Początek rozdzielenia Ameryki Południowej i Afryki (rozpad Gondwany-2) ma miejsce ok. 100 mln lat temu, na przełomie dolnej i górnej kredy. Najstarsze fazy ewolucji i specjacji ssaków są wciąż trudne do jednoznacznej interpretacji, niemniej w momencie rozpadu Gondwany-2 istnieją już torbacze i łożyskowce. Podejrzewa się także, że żył już na niej tzw. „wspólny przodek” południowoamerykańskich szczerbaków i afrykańskich afroterów. Te dwie pierwotne grupy współczesnych ssaków wykazują pewne, lecz niewielkie podobieństwo. Wiadomo w końcu, że eksplozja ewolucyjna ssaków nastąpiła po lub w okresie wymierania dinozaurów, czyli od 66-65 mln lat temu. W tym też okresie (przełom kredy i paleogenu) Amerykę Południową od Afryki dzielił już Ocean Atlantycki o szerokości co najmniej 1500 km. Odległość ta nieustannie rośnie i – jak już wyżej wspomniano – w oligocenie wynosiła 2000 km, a dziś niecałe 3000 km. Zatem sformułowanie: „na tereny obecnej wschodniej Brazylii, drogą morską na „tratwach z roślinności” dryfowały z zachodnioafrykańskich wybrzeży pierwsze niewielkie gryzonie” jest wizją tyleż romantyczną, co nieprawdziwą. Sugerowanie dalej (s. 24), że naczelne przybyły do Ameryki Południowej tą sama drogą, wprost z Afryki, ok. 30 mln lat temu (czyli pokonując rzeczone 2000 km po oceanie) jest już poważnym błędem merytorycznym. Dziwi to niezmiernie w tekście spod pióra zoologów, bowiem od dość dawna uważa się, że rozejście się linii filogenetycznych małp wąskonosych (czyli żyjących dziś w tzw. Starym Świecie Catarrhini) i szerokonosych (czyli małp Nowego Świata Platyrrhini) nastąpiło ok. 30 mln lat temu. Zwracam uwagę na te fakty, bowiem rola najpierw Laurazji, a potem Ameryki Północnej i przedplejstoceńskich lądowych połączeń z południem (jak wspomniana już GAAR-landia) jest w tekście zupełnie pominięta. Natomiast właśnie ta północna droga była najprawdopodobniej „źródłem” pochodzenia wielu organizmów zasiedlających Amerykę Południową najpierw w kredzie, a potem w trzeciorzędzie (jak np. słynna Branisella sp., pierwsza znana małpa szerokonosa datowana na 25 mln lat temu). Takich lapsusów i niedopuszczalnych uproszczeń jest w tekście niestety więcej (np. sugestia, że megafauna to zwierzęta ważące ponad tonę – s.32; czy nazywanie pierwiastków minerałami – ss. 224 i 231). Na dodatek Autorzy często posługują się językiem żargonowym (specjalistycznym), co utrudnia odbiór tekstu, a czasem jest zabawne (ale niepoprawne). Zdarzają się też błędy stylistyczne (np. ss.158, 197, 219), a nawet ortograficzne (s.126).

Jeśli chodzi o warstwę historyczną, odnosząc się do pierwszych opisów Ameryki Południowej pominięto w książce zupełnie temat niezwykle ciekawy, a mianowicie opisy tzw. fauny fantastycznej. Także problem pomyłek i europocentrycznego punktu widzenia (np. lama będąca w oczach konkwistadorów owcą) nie doczekał się komentarza. Niemniej pojawiają się nazwiska większości badaczy, którzy przemierzali i opisywali ten kontynent, z jednym wyjątkiem. Pomiędzy szeregiem postaci polskiego pochodzenia brak choćby jednego zdania o wybitnym podróżniku, antropologu, kolekcjonerze i preparatorze Borysie Malkinie – uważam to za duże uchybienie.

Zakończenie ma tylko 2,5 strony i pozostawia duży niedosyt. W pracy jest tyle ciekawych wątków historycznych, osobowych, anegdotycznych, tyle różnych perspektyw (osobista, rodzinna, społeczna, polityczna, naukowa), że można dopisać rozległą analizę, czy esej w stylu prac Jamesa Burke’a (pamiętacie Państwo jego rubrykę w Wiedzy i Życiu, a także wydaną również po polsku książkę Skojarzenia?). Tego nie ma – to stracona szansa na uczynienie książki czymś więcej niż niespójną wyliczanką.

Podsumowując, nie wiem do kogo jest ta praca skierowana. Dla czytelnika-niespecjalisty będzie w dużej części nudna. Zawiera na dodatek pewną dozę błędnych informacji. Dla specjalistów biologów w sumie będzie chyba mało przydatna, dla historyków „połowicznie” ciekawa. Stąd wynika niestety dość niska ocena, którą proponuję. Szkoda, bo zupełnie bez „narodowej” pychy i nacjocentryzmu, cały czas potrzebujemy nowych prac, dzięki którym poznamy postacie oraz losy wybitnych, ciekawych i po prostu rzetelnie pracujących, a niemal zapomnianych Polaków.

Kategorie wiekowe: ,
Wydawnictwo:
Format:
Wartość merytoryczna
Atrakcyjność treści
Poziom edytorski
OCENA
Potrzebujemy nowych prac, dzięki którym poznamy postacie oraz losy wybitnych, ciekawych i po prostu rzetelnie pracujących, a niemal zapomnianych Polaków. To ciekawa propozycja, ale nie do końca chyba udana...

Autor

archeolog latynoamerykanista, geolog, alpinista
Inline
Inline
Google+