Zbadaj ewolucję

Zbadaj ewolucję

Autorzy: Stephen Meyer, Paul Nelson, Jonathan Moneymaker, Scott Minnich, Ralph Seelke

  • Tłumaczenie: Michał Chaberek OP
    Tytuł oryginału: Explore Evolution
    Seria/cykl wydawniczy: –
    Wydawnictwo: Fronda
    Data wydania: 2015
    ISBN 978-83-64095-74-0
  • Wydanie: papierowe
    Oprawa: miękka
    Liczba stron: 167
Dlaczego po 150 latach od swojego powstania teoria ewolucji pozostaje nadal teorią, a nie faktem? Gdzie są słabe i mocne punkty tej teorii? Co skłania współczesnych biologów i antropologów do poszukiwań koncepcji alternatywnych? Pięciu amerykańskich naukowców przedstawia argumenty za i przeciw neodarwinizmowi.z okładki

Jest to prawdopodobnie jedna z trudniejszych recenzji, jakie przyszło mi pisać.

Wyłóżmy karty na stół. Z jednej strony jest to bardzo starannie napisana i wydana książka, doskonale ilustrowana, poruszająca bardzo ważny temat, który jest w zasadzie nieobecny na polskim rynku wydawniczym. Przyznam zupełnie szczerze, że widziałem mniej starannie wydane standardowe podręczniki biologii. Mogłoby się więc wydawać, że jest to po prostu książka szczerze relacjonująca kontrowersję naukową, która może dostarczyć młodemu człowiekowi cennej dawki krytycyzmu i wprowadzić go w świat „nauki żywej”. Nie, nie jest tak. Osoby śledzące kontrowersje kreacjonizm-nauka rozpoznają bez trudu, że jest to tak naprawdę zręcznie zamaskowana propaganda antynaukowa i pro-religijna, będąca bodaj pierwszą tak śmiałą realizacją na terenie Polski planu określanego w USA jako „strategia klina” (wedge strategy), czyli oswajania biblijnego kreacjonizmu i „sprzedawania” go jako nauki.

W tego typu sytuacji nie można napisać typowej recenzji; tu chodzi o coś znacznie szerszego niż to konkretne wydawnictwo i nie da się nad tym przejść do porządku dziennego. Recenzja tej książki musi więc z konieczności wyjść poza nią samą, co jest dla mnie osobiście bardzo trudne, ponieważ zmusza mnie do przyjęcia roli, której nie lubię: nie recenzenta książek naukowych, lecz dziennikarza śledczego, używającego terminów takich, jak „zręcznie zamaskowana propaganda”, które wcale nie brzmią dobrze w recenzji.

Plan jest więc taki: spróbuję najpierw nakreślić tło – tak zwięźle, jak to możliwe. Tekst będzie jednak długi – pardon. Kto zna historię sporu kreacjonizm-nauka, prawdopodobnie nie dowie się z poniższych kilku akapitów wiele nowego – te osoby zachęcam do przejścia od razu do fragmentu rozpoczynającego się od słów „Wróćmy teraz do recenzowanej książki”.

***

Idźmy po kolei. W Stanach Zjednoczonych niektórzy chrześcijańscy fundamentaliści powszechnie wierzą w dosłowne odczytywanie Biblii, a więc i między innymi w to, że świat ma zaledwie parę tysięcy lat, a teoria ewolucja jest błędna: istoty żywe nie powstały w ciągu miliardów lat ze Wspólnego Przodka, lecz ich poszczególne „typy stworzone” powstały na drodze osobnych aktów stwórczych Boga. Bobry osobno, wije osobno, sosny osobno. Mikroewolucja przy tym istnieje – populacje zmieniają się w niewielkim zakresie z biegiem czasu – jednak nie istnieje (twardo oddzielana przez kreacjonistów) makroewolucja, czyli powstawanie „radykalnie nowych” planów budowy. OK. Grupa religijna uznająca jawnie fałszywy obraz świata, moglibyście powiedzieć – co w tym właściwie złego?

Otóż problem polega na tym, że: a) kreacjoniści chcą uczyć tej Prawdy Objawionej w szkołach na lekcjach biologii; b) Sąd Najwyższy i szereg niższych sądów na wszelkich poziomach amerykańskiej jurysdykcji wielokrotnie orzekł, że niekonstytucyjne jest uczenie prawd religijnych w szkołach publicznych, zwłaszcza na lekcjach science; w związku z czym c) kreacjoniści zwarli szyki i opracowali, głównie w ramach instytucji zwanej Discovery Institute (będącej potężnym, aktywnym, dysponującym olbrzymimi środkami finansowymi think-tankiem amerykańskich kreacjonistów) coś, co określa się jako „wedge strategy”, czyli „strategia klina”. Głównym wykładem tej polityki jest tzw. „Wedge Document” wydany w 1999 roku. Idea polega na tym, aby przedstawiać chrześcijańską wizję Stworzenia jako teorię naukową, wciskając ją w ten sposób po troszku (stąd ten „klin”) do debaty publicznej.

Od momentu opracowania tej strategii datuje się prawdziwy wysyp tekstów, w których dziesiątki mniej czy bardziej jawnych współpracowników Discovery Institute wynajduje mniej czy bardziej poważne argumenty przeciwko teorii ewolucji, przemycając jednocześnie – mniej czy bardziej wyraźnie – fundamentalistycznie chrześcijańską doktrynę Stworzenia. Jedyne, co łączy te teksty, to bardzo, bardzo staranne unikanie wszelkiego typu bezpośredniego odwołania do Boga.

Strategia ta została już dawno obnażona, a pamiętnym symbolem szydła, które wyszło z kreacjonistycznego worka, stały się zeznania filozofki Barbary Forrest na procesie sądowym Kitzmiller vs Dover Area School District z 2005 roku, na którym rozpatrywana była kwestia nauczania kreacjonizmu w amerykańskim mieście Dover. Forrest analizowała dla potrzeb rozprawy książkę Of Pandas and People, będącą wówczas jednym z najsłynniejszych „podręczników” kreacjonistycznej biologii (dziś jej rolę ma przejąć „Explore Evolution”, której polskim tłumaczeniem jest właśnie „Zbadaj ewolucję”). Okazuje się, że w roboczych wersjach Of Pandas and People istniały liczne odwołania do Boga-Stwórcy, jednak w wersji ostatecznej, która trafiła do księgarni, redaktorzy starannie pousuwali wszystkie te odwołania, zamieniając je na znacznie łagodniejsze określenie „inteligentny projekt” – postępując w myśl wprowadzanej właśnie wtedy „strategii klina”.

(Dodajmy, że „teoria inteligentnego projektu” to jedna z flagowych maskarad kreacjonistów, mających na celu sprawienie wrażenia, że do wniosków kreacjonistycznych prowadzi czysta, nieideologicznie uprawiana nauka, choć strukturalnie jest to zwykle ubogie metodologicznie poszukiwanie jakiejkolwiek drogi zdającej się prowadzić do z góry założonej konkluzji – czyli absolutne przeciwieństwo metody naukowej. Sam Discovery Institute pozostaje instytucją o jawnie religijnym i anty-naukowym charakterze, pomimo wyrażania tego faktu z roku na rok w coraz bardziej zawoalowany sposób; w zgodzie zresztą ze „strategią klina”.)

***

Wróćmy teraz do recenzowanej książki. Po pierwsze, na jakiej podstawie uważam, że naprawdę reprezentuje ona omówiony wyżej nurt? Dwóch spośród pięciu autorów (Stephen Meyer i Paul Nelson) wprost informuje w książce o swojej afiliacji z Discovery Institute. Okazuje się jednak, że dwóch kolejnych autorów – Scott Minnich i Jonathan Moneymaker – również należy do Discovery Institute (zob. tu i tu), zaś piąty autor, Ralph Seelke, co prawda nie jest członkiem tej instytucji, jednak od wielu lat aktywnie z nią współpracuje, będąc np. redaktorem czasopisma Bio-Complexity (zob. tu) wydawanego przez Biologic Institure, czyli organizację utrzymywaną finansowo przez Discovery Institute. Wszyscy bez wyjątku autorzy „Zbadaj ewolucję” reprezentują więc jeden i ten sam amerykański think-tank fundamentalistycznego kreacjonizmu chrześcijańskiego. Choć samo w sobie nie musiałoby to stanowić zarzutu – niech każdy należy do takiej organizacji, do jakiej mu się żywnie podoba! – jest jednak bardzo istotne w połączeniu z tym, co przebija przez całą recenzowaną tu książkę. Tym czymś jest zaś brak uczciwości intelektualnej.

Nie da się ukryć, że „Zbadaj ewolucję” jest tekstem bardzo starannie i mądrze skomponowanym: przedstawionych jest w niej osiem głównych „problemów” z teorią ewolucji, gdzie po dość rzetelnym jak na literaturę kreacjonistyczną – trzeba przyznać – przedstawieniu „standardowego” stanowiska naukowego następuje przedstawienie jego krytyki, a następnie podsumowanie. Wydawałoby się, że jest to idealny model dydaktyczny. Problem polega jednak na tym, co stanowi samą istotę „metody” kreacjonistycznej: w książce nie są uczciwie przedstawiane autentyczne, żywe problemy nauk biologicznych, lecz nieproporcjonalnie rozdmuchane drobnostki, czasem o charakterze językowym, czasem już dawno wyjaśnione, zaś w każdym przypadku – niestanowiące poważnego argumentu przeciwko prawdziwości teorii ewolucji. Cała książka pisana jest więc nie po to, aby dostarczyć wiedzy o faktycznych kontrowersjach we współczesnej biologii (których nie brakuje, o czym mowa niżej), lecz po to, aby stworzyć pozory kontrowersji u samych fundamentów współczesnej biologii ewolucyjnej oraz mimochodem przemycić tezy, które leżą u podstaw kreacjonizmu chrześcijańskiego.

Strukturalnie, nie jest więc ona uczciwa intelektualnie – ponieważ przedstawiana w niej krytyka ewolucji nie jest przeprowadzana wyłącznie z dociekliwości lub naukowego zatroskania, lecz w celu wsparcia doktryny religijnej, która jednak nigdzie nie zostaje wprost nazwana. W całej książce nie pada nie tylko słowo „Bóg” czy „Stwórca”, ale nawet nie „Inteligentny Projektant”. Ten ostatni brak stanowi doskonałe świadectwo – pozwolę sobie na drobny żart – ewolucji metod kreacjonistycznych. Ponieważ od czasów Of Pandas and People pierwotny unik, polegający na zastąpieniu słowa „Bóg” terminem „Inteligentny Projektant”, został zdemaskowany (Inteligentny Projekt został określony w trakcie wspomnianego wyżej procesu jako kreacjonizm w tanim smokingu), w nowej generacji kreacjonistycznych podręczników unika się nawet i tego terminu. W rezultacie prezentowane są więc komicznie niedopowiedziane wnioski.

Prosty przykład: w rozdziale „Następstwo skamieniałości” promowana jest idea, że zapis kopalny nie zawiera skamieniałości pośrednich, mających świadczyć – przykładowo – o stopniowej ewolucji kręgowców lądowych z wodnych albo nietoperzy z ssaków nielotnych. „Wniosek” płynący z tych braków paleontologicznych miałby być więc taki, że „formy zwierzęce pojawiają się nagle”. Autorzy nie wyjaśniają jednak, co to sformułowanie właściwie oznacza. Przypuśćmy dla potrzeb dyskusji, że faktycznie – jak świat długi i szeroki – nie ma ani jednej skamieniałości pośredniej pomiędzy kręgowcami wodnymi i lądowymi, czyli, mówiąc prostym językiem, rybami a płazami (co rzecz jasna nie jest prawdą, zob. np. tu i tu). Skoro jednak chcemy uprawiać naukę, musimy zadać pytanie: skąd więc wzięły się płazy, skoro nie powstały naturalnie, czyli na drodze drobnych modyfikacji ryb? Spadły z nieba przyczepione do meteorytu, a może zostały wyplute z wulkanu? Skoro nie powstały naturalnie, musiały powstać ponadnaturalnie! Alternatywą dla ewolucji może być wyłącznie stworzenie ich w gotowej postaci przez Boga (chyba że zechcemy być dowcipni i zaproponujemy, że odpowiedzialni za to są kosmici; jak jednak powstali kosmici?) i taka jest w istocie słabo skrywana konkluzja autorów „Zbadaj ewolucję”. Nie możemy udawać, że nie interesują nas konsekwencje proponowanych przez nas tez, jeśli chcemy być naukowcami.

To „tajemnicze milczenie” staje się jednak oczywiste, jeśli się weźmie pod uwagę wspomniany wyżej kontekst: autorzy nie mogą napisać, jaką hipotezę de facto promują, ponieważ nie jest to hipoteza naukowa, celem tej książki jest zaś udawanie, że wnioski religijne są w istocie wnioskami naukowymi. Gdyby autorzy tej pracy faktycznie byli zatroskanymi naukowcami, szukaliby zupełnie innych odpowiedzi na pytanie o rzekomy brak skamieniałości pośrednich – być może było to względnie szybkie wyewoluowanie zdolności do życia na lądzie, co oznacza relatywnie niewielką liczbę skamielin, a być może nastąpiła silna erozja akurat tych formacji, w których znajdują się skamieniałości pośrednie? Prawda jest jednak jeszcze inna: skamieniałości pośrednie oczywiście istnieją, jednak kreacjoniści będą temu faktowi usilnie zaprzeczać, zaszeregowując je na siłę do jednej z dwóch skrajnych kategorii.

Jednym ze słynniejszych przykładów na skamieniałość pośrednią między rybami i płazami jest Tiktaalik, który był stworzeniem wodnym, jednak jego płetwy piersiowe posiadały już struktury podobne do kości nadgarstka (których brak u ryb). Autorzy, posługując się typową logiką kreacjonistyczną, zadają pytanie (str. 36): „czy Tiktaalik ma budowę kostną odpowiadającą stopom czy płetwom? Czy można mieć pewność co do jednej z tych odpowiedzi? Naszym zdaniem trudno to jednoznacznie stwierdzić.” Jest to jednak wyłącznie kolejny przykład celowego mącenia, mającego wywołać wrażenie kontrowersji tam, gdzie jej brak. Obecny stan debaty w paleontologii na temat Tiktaalika to nie wątpliwość, czy jego budowa kostna odpowiada stopom czy płetwom. Tiktaalik niewątpliwie reprezentuje przypadek pośredni, zaś dyskusja dotyczy tego, w jaki konkretnie sposób ów jawnie pośredni gatunek wpisuje się w historię ewolucyjną kręgowców.

Przeanalizowanie każdego obecnego w tej książce argumentu oznaczałoby napisanie tekstu jeszcze dłuższego od niej samej. Zresztą – autorzy poruszają w niej wiele autentycznych wątpliwości, które stoją przed biologami. Są to jednak wątpliwości obecne w każdej dziedzinie nauki i proponowanych w jej ramach teorii – czy jest to kosmologia z teorią Wielkiego Wybuchu; geologia z teorią tektoniki płyt czy też fizyka cząstek z teorią pól kwantowych. Nauka jest to niekończące się następstwo teorii, które zastępowane są w końcu przez coraz to lepsze teorie; obalanie teorii nie następuje jednak przez samo wyszukiwanie problematycznych kwestii, lecz również poprzez proponowanie teorii alternatywnej. (Pokazuje to swoją drogą, jak fatalnym przeinaczeniem jest cytowane na wstępie pytanie z okładki „dlaczego teoria ewolucji pozostaje teorią, a nie faktem” – nauka składa się z teorii, jak ogólna teoria względności, teoria dryfu kontynentalnego czy teoria atomowej budowy materii. Słowo „teoria” nie oznacza, że dany zestaw twierdzeń jest niepewny!)

Ktoś mógłby zapytać: może więc książka ta stanowi po prostu rzetelny katalog problemów stojących przed teorią ewolucji, a jej tło można przemilczeć, skoro zostaje ono przemilczane przez autorów? Też nie. Tu wychodzi bowiem na jaw zasadnicza intencja kreacjonistów, jaką jest budzenie kontrowersji dla samej kontrowersji. Wymieniane w tej książce „problemy” są często mikroskopijnej wagi, nieaktualne lub błędnie sformułowane, wszystkie zaś należą do klasycznego katalogu kreacjonistycznych „sztuczek”, które zostały już dawno obnażone – również w momencie powstawania tej książki.

Prosty przykład – w rozdziale poświęconym embriologii analizowana jest teza, że rozwój zarodkowy różnych organizmów świadczy o wspólnym pochodzeniu organizmów. „Kontra” dla tej tezy oparta jest jednak na krytyce poglądów Karola Darwina i XIX-wiecznych rysunków Ernsta Haeckla, które mają dziś znaczenie wyłącznie historyczne; autorzy twierdzą jednak (str. 76), że „argument embriologiczny” przyjmowany jest wyłącznie ze względu na autorytet Darwina i Haeckla (którzy faktycznie mylili się w wielu kwestiach). Autorzy wyraźnie „szukają problemu” tam, gdzie go nie ma, odgrzebując debatę sprzed ponad stu lat, konkludując przy tym, że „bez wątpienia ta debata będzie trwała jednak nadal”. Współczesna embriologia tymczasem – opierając się oczywiście na danych obserwacyjnych i eksperymentalnych, a nie na argumencie z autorytetu – wyraźnie potwierdza teorię ewolucji. Spektakularnym przykładem jest choćby wspólny rozwój zarodkowy wszystkich kręgowców (w którym występują między innymi kieszonki skrzelowe – także u ludzi, zob. tu) albo wspólne wzorce pierwszych faz rozwoju zarodka u bardzo na pozór odmiennych zwierząt, które są jednak ze sobą spokrewnione – jak choćby tzw. bruzdkowanie spiralne u przedstawicieli grupy Lophotrochozoa (zob. tu).

Kolejnego przykładu dostarcza rozdział „Maszyny molekularne”, w którym prezentowana jest ulubiona kreacjonistyczna hipoteza „nieredukowalnej złożoności”, iż pewne organy, zwłaszcza struktury wewnątrzkomórkowe, nie mogły powstać na drodze stopniowych modyfikacji, ponieważ wszelkie formy pośrednie byłyby niefunkcjonalne. Najsłynniejszym przykładem miałaby być wić bakteryjna, złożona z 30 różnych białek, które muszą – jak twierdzi Michael Behe, twórca tej hipotezy – być obecne w komplecie, aby uzyskana została jakakolwiek działająca struktura. „Wszystkie 30 [białkowych części] są konieczne, by silnik funkcjonował. Gdy podczas eksperymentów w laboratorium usunie się choćby jedną część silnika, przestaje on działać.” (str. 125) Rzecz w tym, że – również ze względu na ataki kreacjonistów – wić bakteryjna i scenariusze jej ewolucji stały się przedmiotem żywego zainteresowania biologów, czego zwieńczeniem jest powszechnie znany w środowisku kreacjonistów i „antykreacjonistów” artykuł opisujący jeden z takich scenariuszy krok po kroku (N.J. Matzke: Evolution in (Brownian) space: a model for the origin of the bacterial flagellum), jawnie omawiający też funkcjonalność i przydatność ewolucyjną każdego kolejnego stadium ewolucyjnego. Choć autorzy książki wspominają, że istnieją tego typu scenariusze, pomniejszają ich znaczenie; w podsumowaniu pojawia się więc choćby takie stwierdzenie, że zaledwie 10 spośród 30 białek wici bakteryjnej występuje również poza tą wicią, co miałoby uniemożliwiać stopniową ewolucję wici poprzez wykorzystanie istniejących gdzieś indziej białek do nowego celu (tzw. kooptacja). Tymczasem Matzke już w 2003 roku („Explore evolution” wydano w 2007 roku) odnalazł alternatywne „wersje” wszystkich białek wici Salmonelli z wyjątkiem… dwóch.

Choć opisane wyżej dwa punkty mogą wydawać się błahostkami i „czepialstwem”, a wręcz swego rodzaju nawoływaniem do cenzury: A może autorzy „Zbadaj ewolucję” po prostu nie słyszeli o tych akurat badaniach? Czyż naukowcom nie wolno krytycznie analizować swojej nauki? Nie w tym rzecz. Kto śledzi debatę kreacjonizm-nauka, wie doskonale, że wymienione „kontrowersje” to tak naprawdę ikony tego sporu, które były wielokrotnie omawiane w literaturze naukowej i popularnonaukowej, a mimo to są przez kreacjonistów bez końca wyciągane jako koronny argument przeciwko neodarwinizmowi. Przykład wici bakteryjnej jest szczególnie pouczający, ponieważ autorzy kreacjonistyczni od ponad 10 lat nieodmiennie powtarzają wciąż te same nieprawdy, w tym również tę o braku homologii („odpowiedników”) dla 20 białek wici, mimo upartego dementowania tego przez występujących publicznie biologów.

To nie jest więc tak, że grupa biologów badających z otwartym umysłem i naukowym nastawieniem wić bakteryjną uznała ją za realny problem dla teorii ewolucji; to raczej grupa ideologów przeszukujących teorię ewolucji pod kątem czegoś, co może brzmieć jak dobry argument, uparła się na przykład wici bakteryjnej, ponieważ jest on dla nich erystycznie dogodny, i cytuje go mimo po wielokroć powtarzanych argumentów pokazujących, że wyciągane przez nich wnioski są nieuzasadnione.

Co szczególnie istotne, w najlepszym dla kreacjonistów razie – czyli gdyby nie istniało żadne opublikowane wyjaśnienie genezy wici – stanowiłoby to wyłącznie jedną z tysięcy pomniejszych zagadek stojących przed biologią ewolucyjną, obok ewolucji macki ośmiornicy, skrzydła nietoperza, łapy borsuka i garbu wielbłąda. Istnienie luk w wiedzy nie stanowi jednak poważnego problemu dla teorii ewolucji, lecz oczywistą konsekwencję faktu, że naukę tworzy skończona liczba ludzi w skończonym czasie. Nie jest więc prawdą, że same podstawy teorii ewolucji są dziś ośrodkiem żywej wątpliwości w świecie nauki – tak jednak „sprzedawane” są wszystkie „kontrowersje” omawiane w recenzowanej tu książce – i tu zawiera się sedno jej nierzetelności.

Kreacjoniści lubują się w wymienianiu naukowców, którzy wątpią w teorię ewolucji – znów w celu wywołania wrażenia, jakoby jej fundamenty leżały dziś pod znakiem zapytania i były masowo podważane przez społeczność naukową. Słynny jest na przykład szeroko promowany przez Discovery Institure list otwarty pt. „A Scientific Dissent from Darwinism”, czyli „Naukowa niezgoda na darwnizm”. Jego sygnatariusze wyrażają w nim wątpliwość, czy dowody naukowe świadczą na korzyść neodarwinizmu – do dziś podpisało go 800 naukowców, co mogłoby sprawiać wrażenie, że biolodzy masowo wątpią w teorię ewolucji. Rzeczywistość jest jednak taka, że ¾ sygnatariuszy tego listu nie jest biologami, zaś pozostałych 200 biologów i biolożek na liście stanowi, jak się szacuje, ok. 0,01% wszystkich amerykańskich biologów. Środowisko naukowe, jako humorystyczną kontrpropozycję dla tego listu, zorganizowało Project Steve, czyli list otwarty naukowców o imieniu Steve, wspierających teorię ewolucji. Do dziś widnieje na nim ponad 1300 nazwisk… Jak podkreślają autorzy tej drugiej inicjatywy, o nauce nie decydują sondaże popularności, jednak nie można odpowiedzialnie głosić, że w jakiejś dyscyplinie naukowej występuje autentyczna kontrowersja, jeżeli 99,9% naukowców reprezentujących tę dyscyplinę stanowczo twierdzi, że tej kontrowersji nie ma.

***

Czas na podsumowanie. „Zbadaj ewolucję” budzi we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony w książce tej poruszonych jest wiele autentycznie interesujących kwestii, o których często nie mówi się w toku standardowego kursu biologii, a warstewka ideologiczna bywa tu naprawdę cieniutka. Z drugiej strony trzeba powiedzieć to wyraźnie: u samego korzenia nie jest to książka pisana z intencją przekazania wiedzy biologicznej, ani nawet rzetelnego wprowadzenia w autentyczne kontrowersje współczesnej biologii. Kontrowersje takie bowiem istnieją – i są niebywale interesujące – jednak toczą się one wewnątrz biologii ewolucyjnej, ponieważ mimo tysięcy możliwości ku temu, wciąż nie odnaleziono żadnych świadectw naukowych rzucających poważny cień na teorię, iż wszystkie organizmy żywe na tej planecie pochodzą od wspólnych jednokomórkowych przodków podobnych do bakterii, a całokształt współczesnej złożoności świata biologicznego narodził się na drodze naturalnych procesów ewolucyjnych.

Gdyby więc miała powstać książka omawiająca współczesny stan debaty w biologii ewolucyjnej, nakreślająca żywe dyskusje toczone w ramach tej dyscypliny, dotyczyłaby ona zagadnień zupełnie innych: byłaby tam pewnie mowa o doborze krewniaczym i płciowym, o powstaniu organizmów jądrowych (eukariotycznych), o metodach badania filogenezy (genealogii) bakterii, o skuteczności różnych technik obliczeniowych obliczania pokrewieństwa albo o początkach ewolucji zwierząt. Byłaby to jednak zupełnie inna książka i – gdyby miała być uczciwa intelektualnie – absolutnie nie powinna ona sprawiać wrażenia, że w środowisku biologów ewolucyjnych trwa dziś debata na temat prawdziwości teorii ewolucji. Pozór takiej debaty jest fabrykowany ze względów ideologicznych – głównie przez przedstawicieli amerykańskiego nurtu kreacjonizmu biblijnego – aby uczenie Prawdy Objawionej o stworzeniu świata kilka tysięcy lat temu mogło być dozwolone w szkołach publicznych jako alternatywa wobec wiedzy naukowej.

„Zbadaj ewolucję” jest jednym z pierwszych przejawów tego procesu na polskim rynku wydawniczym; od razu w postaci dojrzałej, czyli przy doskonale opracowanym pozorze naukowości, co czyni ją czymś tym bardziej niebezpiecznym. Wielka szkoda, że tyle wysiłku, pracy oraz talentu dydaktycznego i ilustratorskiego poszło w stworzenie czegoś, czego niestety nie można szczerze polecić, i co ostatecznie reprezentują sobą szkodliwy i destrukcyjny dla nauki trend we współczesnym świecie idei.

Kategorie wiekowe: ,
Wydawnictwo:
Format:
Wartość merytoryczna
Poziom edytorski
Atrakcyjność treści
OCENA
Osoba sięgająca po tę książkę bez żadnych wstępnych założeń dowie się z niej kilku ciekawych rzeczy o świecie przyrody i zainteresuje się biologią na zupełnie nowym poziomie. Prezentowane tu wnioski są jednak mylące i ideologicznie nasycone, a relacjonowane problemy i "problemy" celowo rozdmuchane, aby sprawiać pozory istnienia naukowej debaty w samym sercu ewolucjonizmu. Książka "niebezpieczna".

Autor

Z wykształcenia jestem filozofem przyrody, co w praktyce oznacza filozofowanie na temat tego, co nam mówią o świecie nauki przyrodnicze. W wolnych chwilach popularyzuję naukę: jako wykładowca, autor artykułów dla czasopism i w internecie, a ostatnio także jako autor książki: "Przekrój przez Wszechświat" (Copernicus Center Press, 2014) oraz "Granice Kosmosu - granice kosmologii" (Copernicus Center Press, 2015).
  • Piotr Kołodziejczyk

    ZNAKOMITA RECENZJA!

  • Kamil Kopij

    Recenzja świetna, ale ocena końcowa to kuriozum

    • Zdecydowanie. Skąd taka wysoka nota…?

      • Co do listy kreacjonistów-naukowców to mi się przypomina lista ”poznańskich naukowców” którzy poparli Krystynę Pawłowicz w tym, że niby homoseksualizm to anomalia ewolucji. Jak się potem okazało, tymi ‚naukowcami’ byli członkowie jakiejś nacjonalistycznej organizacji gdzie mało kto (prawie nikt czy chyba w ogóle nikt) miał wykształcenie biologiczne/chemiczne/biomedyczne. Ale podpisali się jacyś pracownicy, i bach, nagle z tyłka było, że ileś tam naukowców uważa homoseksualizm za anomalię ewolucyjną.

      • Łukasz Lamża

        Kochani, kuriozalny jest raczej system punktowania, a nie moja ocena. 🙂 Książka jest atrakcyjna i bardzo starannie wydana i te dwa czynniki wyceniłem wysoko, starając się być tak obiektywny, jak to tylko możliwe. Mądre Książki skonstruowane są tak, że te dwa czynniki odpowiadają za 2/3 końcowej oceny, oznacza to więc, że książka o zerowej wartości merytorycznej wciąż może otrzymać całkiem niezłą ocenę końcową. Mogłem oczywiście wyrazić swoją negatywną opinię o tym tekście, sztucznie zaniżając ocenę np. za poziom edytorski… ale to by było tylko tymczasowe rozwiązanie problemu. 🙂 Krótko mówiąc, pozwoliłem sobie na niewielką prowokację. Na pewno sprawa wnet się rozwiąże. 🙂

        • Piotr Kołodziejczyk

          trzeba faktycznie zmienić ten system i rozdzielić ocenę merytoryczną od innych – także potrzebnych. Twoja prowokacja spełni zaiste swe zadanie… 🙂

          • Łukasz Lamża

            …albo pozwolić recenzentowi na samodzielne wystawienie oceny końcowej. Jak policzyłem, jaka mi wyjdzie średnia ze składowych, coś poczułem, że tym razem nie przejdzie to cicho. 🙂

          • Kamil Kopij

            Prowokacja, prowokacją – bardzo cenna, ale jednak „atrakcyjność treści” tak wysoko? Przecież równie atrakcyjny może być Kod Da Vinci, tyle że nie z naukowego punktu widzenia.

          • Łukasz Lamża

            Cóż, Ilustracje są tu naprawdę świetne (np. zdjęcia zarodków na str. 77, czaszki na str. 37), a i poruszane zagadnienia same w sobie bardzo interesujące. Całe moje przekonanie, że książka ostatecznie nie służy biologii, wepchnąłem w kryterium merytoryczne.

            Zresztą, patrząc po innych recenzjach na tym portalu, moja ocena 4,5/6 w kategorii atrakcyjność to niemal miażdżąca krytyka. W tej chwili na stronie głównej są cztery książki obok mojej – dwie z nich mają 5,5 gwiazdki, a dwie pozostałe – 6 gwiazdek w kategorii „atrakcyjność treści”.

            Powtórzę: https://xkcd.com/1098/

            Ja osobiście nie uważam, żeby wszystkie książki popularno-naukowe były hiperatrakcyjne; czasem wydaje mi się, że wysokie oceny w tej kategorii na tym portalu są sumą: a) lenistwa (krytykę trzeba solidniej uzasadnić niż pochwałę); b) radości z otrzymania gratisowego egzemplarza książki; c) miłości do zagadnienia, które się omawia. Człowiek rozkochany w wentylatorach prawdopodobnie każdą książkę na temat wentylatorów oceni jako 6/6. 😉

          • Kamil Kopij

            To poczekaj na mój wpis o „Interstellar i nauka” 😉
            Masz rację co do tego, że system oceniania należy zmodyfikować, skoro tworzy takie potworki. Natomiast wydaje mi się, że łądne ilustracje to raczej ocena poziomu edytorskiego, a nie atrakcyjności treści (co pokazuje, że atrakcyjność treści jest zbyt wieloznaczna)

          • Łukasz Lamża

            O, bardzo chętnie przeczytam, bo we mnie film Interstellar wzbudził…… ech, szkoda gadać. 😉 Interkupa. Co do kategorii. Ja kategorię „atrakcyjność treści” rozumiem tak. Przeciętny człowiek z grupy docelowej (targetu książki) sięga po nią w księgarni i wertuje – pytanie brzmi, jak bardzo go ona przyciągnie, tzn. skłoni do zakupu. Kategorię „poziom edytorski” rozumiem natomiast dość technicznie: czy książka jest solidnie wydana, czy druk, papier i kolor są porządnej jakości, czy tłumaczenie jest dobre, czy nie ma błędów językowych, literówek (których wyłapanie należy właśnie do korektorów – zatrudnianych przez redakcję) itd. Ale to tylko moja intuicja, oficjalnej „wykładni” nie ma.

          • Kamil Kopij

            Słyszałem Twoje zdanie w czasie Debaty lemowskiej 😉 Ja aż tak krytycznego stosunku do samego filmu nie mam, wręcz przeciwnie, podobał mi się. Kip Thorne dość przekonująco broni swojej wizji (albo jasno zaznacza, że pewne rzeczy były świadomym wyborem reżysera). Przyznam szczerze, że sam nie będąc fizykiem, nie jestem w stanie zweryfikować prawdziwości tez Thorne’a (dlatego przydałaby się również recenzja napisana przez specialistę), natomiast sama książka wg mnie jest strasznie chaotycznie napisana.
            Co do oceny atrakcyjności, to dla mnie zawsze była składową dwóch rzeczy: przystępnego języka poprawnie tłumaczącego zawiłe kwestie oraz „tego czegoś” co nie pozwala odłożyć książki na później. Jasne, że sama tematyka ma przemożny wpływ na to drugie, chociaż były i takie książki z tematów, które mnie interesowały, które z trudem przewertowałem do końca (bo były i słabo napisane i niczego nowego nie wnosiły). Także ja nigdy nie patrzyłem na tę składową oceny, jako na „pierwsze wrażenie” przy księgarnianej półce. Ciekawe, że Ty akurat tak na to patrzysz 🙂

          • Łukasz Lamża

            To ciekawe, jak różnie odczytujemy tę kategorię. Kto wie, jeżeli MK mają wejść na nowy poziom profesjonalizmu, może trzeba będzie zacisnąć poślady i wziąć się za system punktowy…? Ech ech. 🙂

          • Leszek Szumlas

            No masz sporo racji jeśli chodzi o system ocen. Co do oceniania mogę się wypowiedzieć za siebie. Lubię skrytykować, szczególnie coś z interesującej mnie tematyki – więc tutaj pudło 😛

          • Łukasz Lamża

            Cóż, ja sam też lubię sobie pokrytykować – cóż przyjemniejszego w słoneczny piątkowy poranek:P – to była raczej moja reakcja na to, jak dużo jest „cudownych” książek na MK. Otwieram stronę, a tu same książki wybitne. Szóstki powinny być bardzo rzadko, zarezerwowane dla książek naprawdę wyjątkowych na rynku. Ja sam biję się w piersi, że i tak wystawiam za wysokie oceny. Nie wiem, czy wolno, ale na przykład po namyśle chętnie poprawiłbym parę moich ocen gwiazdkowych. Jakimś rozwiązaniem byłoby może rozpisanie skali w jawnej postaci, np. „6 gwiazdek – książka wyjątkowo atrakcyjna, przełomowa, wyznaczająca najwyższe standardy” (np. „Mapy” Mizielińskich, chyba wszyscy się zgodzą?); „5 – książka bardzo atrakcyjna” i tak dalej. Hm.

          • Rozpisanie skali – super pomysł. Od razu podsyłam mój ideał na opis punktacji – wprawdzie z magazynu dla fanów kucharzenia i sączenia trunków, ale może być dobrą inspiracją:
            * trucizna! antidotum jest nieznane nauce
            * * oczko wyżej niż „Łza Komsomołki”
            * * * można się napić, gdy napić się trzeba
            * * * * zrobili to zdolni i dobrzy ludzie
            * * * * * zdobycz cywilizacji na miarę koła
            * * * * * * spożycie prowadzi do osiągnięcia satori

          • Joanna Zwierzyńska

            Myślę, że oceną książki powinna być ocena za wartość merytoryczną, a pozostałe dwie oceny mogłyby być jako dodatkowe, informacyjne (może np. nieco mniejszym stopniem pisma nawet?). Też myślę, że książki popularnonaukowe niekoniecznie muszą być „atrakcyjne”.

          • No nie… atrakcyjność treści to fundament dobrej publikacji popularnonaukowej!

            pt., 2 paź 2015, 12:28 Disqus użytkownik napisał:

          • Joanna Zwierzyńska

            Oczywiście, że jest ważna, ale dla mnie nie aż tak, jak wartość merytoryczna. Czasem chętnie przeczytam coś bez fajerwerków, ale rzetelnego merytorycznie, ale raczej nigdy nie chciałabym czytać przeciekawej i jednocześnie bezwartościowej merytorycznie książki popularnonaukowej. Atrakcyjność to atut (ogromny!), ale merytoryka – warunek konieczny do wzięcia w rękę.

          • Łukasz Lamża

            Ja bym tego aż tak ostro nie powiedział. Podręczniki akademickie to typowe publikacje o maksymalnej wartości merytorycznej i – często – minimalnej atrakcyjności. Bzdurki o wszechświatach równoległych i „filozofii filmu Zmierzch” bywają bardzo atrakcyjne, ale miewają minimalną wartość merytoryczną. Dobra książka popularno-naukowa musi umiejętnie łączyć te dwie cechy, brak którejkolwiek z nich praktycznie ją dyskwalifikuje. Moim zdaniem najrozsądniej by było po raz kolejny zaufać recenzentom i pozwolić im na samodzielne wystawienie oceny całkowitej. Niech recenzenci sami decydują o tym, co w przypadku danej książki jest najważniejsze. Prosty przykład: „Zbadaj ewolucję” dostało 4,5 gwiazdki na podstawie wzoru matematycznego opartego na moim bardzo chłodnym i przemyślanym ocenieniu wszystkich trzech kategorii. Ja bym jej dał 2 gwiazdki. Jedną za wartość merytoryczną i ogólną pożyteczność w „oświecaniu ludzi”, drugą w uznaniu sprawności technicznej autorów i wydawcy.

          • Joanna Zwierzyńska

            Popieram pomysł, że recenzent daje ostateczną ocenę. Średnia ważona – jakkolwiek jej nie ustawimy – będzie pewnie w różnych przypadkach dawała równie dzikie rezultaty, jak do tej pory używana średnia arytmetyczna.

          • Leszek Szumlas

            Zacznijmy od tego, że to nie najlepsze miejsce na taką dyskusję. Przenieśmy ją proszę na grupę FB. Zaraz napiszę parę swoich spostrzeżeń, które nasunęły mi się po przeczytaniu Waszych komentarzy.

          • Ja jednak byłby za jakim-takim określenie co oznacza 2,3,4 gwiazdki, w skali wszystkich recenzji. Samo zaufanie nie wystarcza. Po pierwsze – różnimy się poziomem krytykanctwa (mi np. trudno się stawia maksymalną ocenę, a są pewnie i tacy, którzy nie wyobrażają sobie wyrządzenia światu przykrości przez wystawienie „tylko” 5). Po drugie doprowadziłoby to do tego, że czytelnik musiałby mieć tyle interpretacji ocen, ilu recenzentów – byłaby więc 4 wg Lamży, która jest np. równa 5 wg. Kopija 🙂 – MK w podstawach, na ile się da, muszą być spójne

      • Łukasz Lamża

        A poza tym: https://xkcd.com/1098/ 🙂

Inline
Inline
Google+