Wielki projekt

Wielki projekt

Autor: Stephen Hawking, Leonard Mlodinow

  • Tłumaczenie: Jarosław Włodarczyk
    Tytuł oryginału: The Grand Design
    Seria/cykl wydawniczy: –
    Wydawnictwo: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz S.C.
    Data wydania: 2015
    ISBN 978-83-7985-540-7
  • Wydanie: papierowe
    Oprawa: miękka
    Liczba stron: 232
Do tej pory Stephen Hawking w swoich wypowiedziach podkreślał, że dotychczasowa wiedza nie wyklucza istnienia Boga, ale w swojej najnowszej książce pisze, że Wielki Wybuch był nieuchronną konsekwencją praw fizyki.
W swojej ostatniej pracy pt. „Wielki Projekt” („The Grand Design” – ang.), która w częściach ukazuje się w The Times, czytamy że nie ma potrzeby przyzywać Boga, by wytłumaczyć, jak świat został stworzony.
„Spontaniczne stworzenie to powód dla którego coś istnieje” stwierdza Hawking.z opisu wydawnictwa

Zbierałem się do napisania recenzji tej książki dłuższego czasu. Sprawa nie jest prosta. Hawking jest uznanym fizykiem, wielką osobowością świata nauki plus naprawdę doskonałym popularyzatorem wiedzy. Przez lata mądrze i dowcipnie uczył nas fizyki i nie ma chyba człowieka zainteresowanego Kosmosem, który by nie był w mniejszym czy większym stopniu uformowany przez postać Hawkinga i treść jego książek. Z drugiej strony wyraźnie z roku na rok ciągnie go ku coraz większym tematom, ku – nie bójmy się tego powiedzieć – filozofii. „Wielki projekt” jest tą książką, w której dokonał filozoficznego „coming outu”. I co? No niestety: potworna, potworna klapa.

Oczyśćmy na początek przedpole. Raz, współautorem tej książki jest Leonard Mlodinow. Z tego, co wiem, był on odpowiedzialny głównie za część fizyczną, a ja krytykuję część filozoficzną, tak więc dla przejrzystości tekstu wszędzie niżej odwołuję się po prostu do nazwiska Hawkinga. Dwa, poniższa recenzja będzie próbą pokazania, że Hawking nie zna się na filozofii, a jednak ją uprawia, w rezultacie produkując tekst dyletancki i szkodliwy. Należy się więc krótkie wyjaśnienie: dlaczego uważam, że jest to tak istotne? Dlaczego nie przymknę oka na fragmenty filozoficzne – wychodząc z założenia, że jest to jednak fizyk mówiący o filozofii – skupiając się zamiast tego na świetnym fragmencie dotyczącym samej fizyki? Są dwa główne powody.

Po pierwsze, kontekst. Z okładki (przedniej!): „Stephen Hawking: BOGA NIE MA. Jeden z najwybitniejszych współczesnych astrofizyków otwiera nowy rozdział w sporze między nauką i religią. Newsweek”. I tak jest ta książka odczytywana. Hawking pełni podobną rolę w fizyce, jaką Dawkins w biologii: rolę autorytetu. Są miliony ludzi na świecie, które sięgną po tę książkę z bardzo wysokimi oczekiwaniami i jeszcze większym zaufaniem. A przecież noblesse oblige. Tymczasem Hawking nie odrobił pracy domowej i nie wyedukował się filozoficznie, co dla przeciętnego fizyka jest grzechem lekkim, ale dla hawkingów tego świata grzechem śmiertelnym – ponieważ na hawkingach spoczywa odpowiedzialność za miliony ufnych umysłów. Obawiam się, że „Wielki projekt” nadużywa tego zaufania – jak świetny i uznany przewodnik tatrzański, który zabiera ze sobą grupę amatorów na wycieczkę po zupełnie nieznanych mu Alpach, wychodząc z założenia, że skoro zna Tatry, to i w Alpach sobie poradzi. I gubi się. Potwornie, po amatorsku się gubi.

Po drugie, Hawking sam sobie strzela w stopę na pierwszej stronie pierwszego rozdziału. Po wprowadzeniu w sferę „Wielkich Pytań” („Jaki jest Wszechświat? Jaka jest natura rzeczywistości?”…) stwierdza tak: „Tradycyjnie rzecz ujmując, są to pytania z obszaru filozofii, ale dziś filozofia jest martwa, nie nadąża za rozwojem współczesnej nauki, zwłaszcza fizyki.” (str.9) Cóż, ktoś, kto pisze coś takiego, prosi się o lanie. Nawet, gdyby nie istniał na Ziemi ani jeden kompetentny filozof (co nie jest prawdą), powyższe pytania wciąż leżałyby poza zakresem kompetencji fizyki. Fizyka nie może odpowiadać na takie pytania z fundamentalnych powodów metodologicznych (związanych już choćby z niemożliwością doświadczalnego testowania odpowiedzi na Wielkie Pytania). Siłą rzeczy osoba mierząca się z tymi pytaniami musi poza fizykę wykroczyć i liznąć znanych od wieków dyscyplin filozoficznych, zwłaszcza epistemologii, filozofii i metodologii nauki, metafizyki zwanej też ontologią oraz filozofii fizyki i filozofii przyrody. Kochani, uwierzcie mi. Nie jest tak źle, jak mówi Hawking. Po stronie filozofii jest cała masa świetnie wykształconych ludzi, znających bardzo dobrze współczesną fizykę, którzy zawodowo zajmują się rozważaniem trudnych, technicznych kwestii, które Hawking próbuje rozwiązać „na chłopski rozum”.

Krótko mówiąc, Hawking reprezentuje sobą manierę, powszechnie niestety spotykaną u fizyków, aby programowo pogardzać filozofią, twierdząc, że jest to dyscyplina jałowa i „przegrana”, a przy tym jawnie tę filozofię uprawiać, samemu o tym nie wiedząc. W samej niechęci do filozofii lub jej krytyce nie ma nic złego – bądźmy jednak konsekwentni! Jeżeli już uważamy filozofowanie za działalność jałową, nie wypowiadajmy się na temat statusu praw przyrody, ostatecznej natury rzeczywistości albo sposobu konstruowania modeli metafizycznych. Bo to jest właśnie filozofowanie. Chyba że jesteśmy w stanie uczynić z tego naukę empiryczną, proponując np. eksperyment naukowy pozwalający na ocenienie, czy prawa przyrody mają charakter matematyczny, albo czy preferowany jest realizm epistemologiczny czy irrealizm epistemologiczny (z problemem tym zmaga się Hawking, samemu zresztą o tym nie wiedząc). Dopiero wtedy robilibyśmy naukę, a nie filozofię.

Przed przejściem do rzeczy ostatnia uwaga wyjaśniająca. Część popularyzatorska (rozdziały „Czym jest rzeczywistość?”, „Historie alternatywne”, „Teoria wszystkiego” i „Nasz Wszechświat”) jest napisana i przede wszystkim ilustrowana doskonale. Widać wieloletnie doświadczenie Hawkinga w tłumaczeniu tych spraw i dostęp do znakomitej klasy ilustratorów. To jednak nie ratuje książki, ponieważ w zasadzie wszystkie opisane w tych rozdziałach treści można znaleźć we „Wszechświecie w skorupce orzecha” albo „Krótkiej historii czasu”. Do których serdecznie odsyłam. „Wielki projekt” to jednak książka, która podejmuje jawną próbę pójścia dalej i jako taka powinna być oceniana.

Do rzeczy. Jakie są moje zarzuty?

Pierwsza sprawa. Hawking nie posługuje się jasno zdefiniowanymi kategoriami filozoficznymi, w rezultacie myląc te kategorie lub nieprawidłowo się nimi posługując. W rozdziale „Rządy prawa” nie rozróżnia pomiędzy prawami przyrody i prawami fizyki, a w rezultacie z automatu przyjmuje, że prawa przyrody są matematyczne – co wcale nie jest tak oczywiste (w przeciwieństwie do sformułowanych przez naukowców praw fizyki, które są jawnie matematyczne). W rozdziale „Prawdziwy cud” pojawia się długa dyskusja na temat słabej i silnej zasady antropicznej – a jednak pojęcia ta przedstawione są zupełnie błędnie („Według silnej zasady antropicznej nasze istnienie narzuca ograniczenia nie tylko na nasze środowisko, lecz na postać i treść praw natury”, s. 189). Jest to jednak prawdziwe również w odniesieniu do zasady słabej. Zasada mocna po prostu wzmacnia zasadę słabą (mówiącą o prawdopodobieństwie istnienia ludzi) o warunek konieczności (a więc Wszechświat musi posiadać cechy prowadzące do powstania ludzi) – jest to jasno opisane choćby w klasycznym tekście na ten temat: J. Barrow, F. Tipler, The Anthropic Cosmological Principle.

Druga sprawa. Hawking nie docenia stopnia złożoności problemów, które omawia. W rozdziale „Rządy prawa” w jednym szybkim akapicie (str. 40) „rozwiązuje” problem wolnej woli (orzekając, że jest ona iluzją), odwołując się tylko do jednego, słabego zresztą, argumentu neurobiologicznego. Ponieważ możliwe jest wywołanie u kogoś chęci wykonania pewnego ruchu za pomocą stymulacji mózgu, twierdzi Hawking, wszelka tego typu chęć daje się całkowicie zredukować do procesów elektrycznych. Zgodnie z tym tokiem rozumowania możliwość wywołania wrażeń dźwiękowych związanych z dźwiękiem skrzypiec poprzez stymulację nerwu słuchowego jest dowodem na nieistnienie skrzypiec. Nie stoję tu po żadnej ze stron w debacie na temat istnienia wolnej woli – ja tylko zwracam uwagę, że nie da się tego zagadnienia rozwiązać w jednym akapicie.

Trzecia sprawa. Hawking na nowo „odkrywa” rzeczy, które są od dawna znane, przez co jego wnioski i wątpliwości są bezwartościowe lub błędne. Ulubionym pojęciem Hawkinga jest „realizm zależny od modelu” (model-dependent realism), które uważa najwyraźniej za swój wynalazek (str. 12). Nawet Wikipedia (angielska) twierdzi, że pojęcie to ukuł Hawking. Jest to tymczasem znane od wieków stanowisko zwane realizmem wewnętrznym, które omawia np. J. Woleński w Epistemologii (str. 480). Hawking twierdzi, że stanowisko to unieważnia „te wszystkie spory i dyskusje między szkołami realizmu i antyrealizmu” (str. 55). Nieprawda – zainteresowanych odsyłam choćby do Woleńskiego albo do świetnej książki W. Grygiela „Stephena Hawkinga i Rogera Penrose’a spór o rzeczywistość”, gdzie sprawa ta została opisana już w kontekście światopoglądu Hawkinga. Nawiasem mówiąc, sam fakt, że Hawking zajmuje się dyskusją z klasycznymi szkołami metafizycznymi, dobitnie pokazuje, że siedzi po uszy zanurzony w filozofię.

Czwarta sprawa. Hawking nie „domyśla” swoich tez do końca, co poszłoby mu łatwiej, gdyby znał historię filozofii. Na str. 208 pojawia się argument przeciwko tezie o stworzeniu świata przez Boga (w ramach argumentu z pierwszej przyczyny): „jeśli odpowiedzią jest Bóg, musimy zapytać, kto stworzył Boga”. I dalej: „Natomiast my twierdzimy, że można udzielić odpowiedzi na te pytania [„Dlaczego istnieje raczej coś niż nic?” itp.], nie wykraczając poza granice nauki i nie przywołując boskich istot”. Nie ma tak łatwo. Wymieniane przez Hawkinga odpowiedzi (np. Wieloświat) wiążą się z dokładnie tym samym problemem, znanym od czasów Arystotelesa i określanym jako problem nieskończonego regresu. Jeśli zakładamy, że każde zdarzenie domaga się swojej przyczyny, to kresem ciągu przyczynowego jest albo nieskończony regres („A co stworzyło Boga/Wieloświat?”, „A co stworzyło to coś, co stworzyło Boga/Wieloświat?”…) albo tzw. pierwsza przyczyna (coś istniejącego i będącego przyczyną zdarzeń, ale niemającego swojej przyczyny, np. Bóg chrześcijański). Hawking nie przedstawia żadnego rozwiązania tego problemu i wydaje się być w ogóle nieświadom jego istnienia. W zakończeniu książki Hawking powołuje się jeszcze na spontaniczną kreację („Spontaniczna kreacja jest przyczyną, dla której istnieje raczej coś niż nic, dla której istnieje Wszechświat i dla której istniejemy my. Nie trzeba przywoływać Boga, by odpalił fajerwerk i stworzył świat”). Niestety, problem pozostaje ten sam, został tylko przesunięty i zamieciony pod (przejrzysty jak muślin) dywan.

Podsumowując – część popularnonaukowa książki nie wyjaśnia niczego, co nie byłoby już szczegółowo opisane na kartach dziesiątków innych książek popularnonaukowych, w tym również autorstwa Hawkinga. Część „filozoficzna” książki jest zaś naiwna, napisana po amatorsku i myląca. Czemu „myląca”? Książki tego typu (od razu przychodzi mi do głowy „Bóg urojony” Dawkinsa) poprzez gładkie zmieszanie nauki z filozofią sprawiają kompletnie mylne wrażenie, że nauka potrafi dziś rozstrzygać problemy filozoficzne, jak choćby odwieczny problem istnienia Boga albo powstania świata. Tak jednak nie jest. Najbardziej nawet solidna nauka w połączeniu z kiepską filozofią daje tylko pozory argumentacji. Skutkiem tego typu publikacji jest niestety wyłącznie szerzenie się ciemnoty – bo tak w zasadzie trzeba nazwać współczesny „nowy ateizm”, osadzony w bardzo płytkiej bazie filozoficznej, logicznej, metodologicznej i naukowej; swego rodzaju „ateizm dla ubogich” oparty w zasadzie wyłącznie na sile autorytetu (Dawkinsa, Hawkinga, Hitchensa…), a nie na sile argumentu. Bo solidnych argumentów na rzecz ateizmu, argumentów raz na zawsze wykluczających Boga z historii o powstaniu świata – nie ma…

I to jest zasadnicza puenta niniejszej recenzji. Nie ma tak dobrze, żebyśmy dziś, w 2015 roku, po prostu znali odpowiedź na Wielkie Pytania wymieniane przez Hawkinga. To właściwie nie tyle Wielkie Pytania, co Wielkie Tajemnice, które są od wieków ośrodkiem Wielkiej Debaty. Jeżeli kogoś naprawdę interesują kwestie Boga, Kosmosu, człowieka, świadomości, wolnej woli, praw przyrody, matematyki i wszystkiego innego – to mam dwie gorzkie pigułki. Po pierwsze, pytania te pozostają nierozwiązane i jeżeli ktoś twierdzi – a robi to właśnie Hawking – że ma na nie dobrą odpowiedź, to albo kłamie, albo nie jest świadom tego, jak trudne w istocie są te pytania. Po drugie, właściwą dyscypliną wiedzy ludzkiej, zogniskowaną wokół tych pytań, jest filozofia – filozofią inspirowana nauką, ale nią zdecydowanie nie będąca. Kto nie widzi różnicy, musi się dokształcić. Tak, filozoficznie.

Kategorie wiekowe: ,
Wydawnictwo:
Format:
Wartość merytoryczna
Poziom edytorski
Atrakcyjność treści
OCENA
Książka popularnonaukowa o fizyce i filozofii. Fizyka solidna, z pieczęcią jakości "Hawking", świetnie ilustrowana. Część filozoficzna naiwna, myląca i napisana po amatorsku. Książka wyrządza wielką szkodę Wielkim Pytaniom, którym jest poświęcona.

Autor

Z wykształcenia jestem filozofem przyrody, co w praktyce oznacza filozofowanie na temat tego, co nam mówią o świecie nauki przyrodnicze. W wolnych chwilach popularyzuję naukę: jako wykładowca, autor artykułów dla czasopism i w internecie, a ostatnio także jako autor książki: "Przekrój przez Wszechświat" (Copernicus Center Press, 2014) oraz "Granice Kosmosu - granice kosmologii" (Copernicus Center Press, 2015).
  • Dominik Kurek

    Czy to na pewno mądra książka skoro zzostała tu tak gruntownie skrytykowana?

    • Recenzujemy książki popularnonaukowe. To czy jest dobra, czy zła pokazuje recenzja 🙂

Inline
Inline
Google+