Neandertalczyk. W poszukiwaniu zaginionych genomów

Neandertalczyk. W poszukiwaniu zaginionych genomów

Mądra Książka Roku 2015

Autor: Svante Pääbo

  • Tłumaczenie: Anna Wawrzyńska
    Tytuł oryginału: Neanderthal Man. In Search of Lost Genomes
    Wydawnictwo: Prószyński i s-ka
    Data wydania: 2015
    ISBN 978-83-8069-063-9
  • Wydanie: papierowe
    Oprawa: miękka
    Liczba stron: 344
Czego dowiedzieliśmy się o pochodzeniu człowieka dzięki badaniom genomu naszych najbliższych ewolucyjnie krewnych? „Neandertalczyk” przedstawia fascynującą historię okrywania odpowiedzi na to pytanie. Od pierwszych prób badań kopalnego DNA w latach 80. aż po uwieńczone sukcesem zsekwencjonowanie genomu neandertalczyka w 2010 r., śledzimy niezwykłą opowieść o narodzinach nowej dziedziny nauki, której porażki i triumfy ze swadą opisuje człowiek, dzięki któremu badania te w ogóle się rozpoczęły.
Odczytanie pełnego zapisu informacji genetycznej neandertalczyka sprawiło, że dowiedzieliśmy się o nim znacznie więcej, niż kiedykolwiek odkrylibyśmy dzięki tradycyjnym badaniom paleontologicznym. Przede wszystkim jednak zbliżyło nas do odpowiedzi na pytanie, jakie biologiczne czynniki sprawiły, że to ludzie współcześni – a nie nasi wymarli krewni – odnieśli oszałamiający sukces ewolucyjny. No właśnie, czy jednak neandertalczycy wymarli bez śladu?
Odkrycia Svante Pääbo zrewolucjonizowały antropologię i doprowadziły do naniesienia poprawek w naszym drzewie genealogicznym. Stały się fundamentem, na którym jeszcze przez długie lata budować będą inni badacze – antropolodzy, paleontolodzy, genetycy populacyjni, ewolucjoniści. „Neandertalczyk” to wciągająca opowieść o marzeniach, wytrwałości i nauce najwyższej próby. To opowieść dla wszystkich, którzy zadają sobie pytanie, kim jesteśmy – i skąd pochodzimy.Wydawnictwo Prószyński i Sk-a, http://www.proszynski.pl

Pamiętacie jeszcze czasy, kiedy wiedzę o neandertalczykach czerpaliśmy jedynie z kości i kamiennych narzędzi, które po sobie zostawili? Wydaje się, że to zamieszchła przeszłość, a przecież zaczęło się to zmieniać dopiero w 1996 roku. Wtedy to zespół genetyków pod kierownictwem Svante Pääbo ogłosił wyniki analizy pierwszych fragmentów mitochondrialnego DNA naszego najbliższego, wymarłego kuzyna. W 2010 roku posiadaliśmy już odczyt pełnego jądrowego DNA neandertalczyków. Od tej pory nic w antropogenezie nie było już takie samo. Jak ręką odjął rozstrzygnięty został długo toczący się w środowisku archeologów i antropologów spór o to, czy neandertalczycy krzyżowali się z ludźmi współczesnymi, czy też oba gatunki stroniły od kontaktów seksualnych. W kolejnych latach pojawiały się nowe dane czasem zmieniające, a częściej uzupełniające naszą wiedzę o najbliższej ewolucyjnej przeszłości naszego gatunku.

Neandertalczyk. W poszukiwaniu zaginionych genomów jest książką przedstawiającą dzieje właśnie tych przełomowych odkryć. Co więcej, jest to relacja z pierwszej ręki wystukana na klawiaturze przez najbardziej chyba znanego obecnie paloegenetyka, Svante Pääbo. To on walnie przyczynił się do udoskonalenia metod sekwencjonowania kopalnego DNA, to jego zespół jako pierwszy zsekwencjonował mitochondrialne i jądrowe DNA neandertalczyków, wreszcie to jego zespół odkrył tajemniczych denisowian. Nie można mieć więc wątpliwości, że Pääbo to badacz z pierwszej naukowej ligi. A jak prezentują się jego zdolności popularyzatorskie?

W pierwszym rozdziale Pääbo opowiada o kluczowych dla dalszego rozwoju dziedziny badaniach, których wyniki pojawiły się w 1996 roku. Dowiadujemy się z niego, nie tylko tego, że po raz pierwszy udało się odczytać fragmenty mitochondrialnego DNA neandertalczyków, ale przede wszystkim tego, jak do tego doszło. Autor nie szczędzi nam przy tym technicznych szczegółów. Krok po kroku dowiadujemy się, w jaki sposób z liczących sobie kilkadziesiąt tysięcy lat kości wyizolować można resztki delikatnego materiału genetycznego oraz jak to się dzieje, że możliwe jest poskładanie malutkich fragmentów DNA w większą całość i odczytanie jego sekwencji. Dokładny opis metod może przytłaczać, ale bez wątpienia takie przedstawienie badań ma swoje zalety. Po pierwsze, uświadamia nam, jak dużo wysiłku i pomysłowości musieli włożyć naukowcy w odczytanie prehistorycznego DNA. Po drugie, doskonale pokazuje to, że badania naukowe to skomplikowany, wieloetapowy proces, na każdym kroku którego czekają pułapki, a nie magiczna skrzynka, z której – w tym przypadku – po wrzuceniu neandertalskiej kości, wyskoczył gotowy wynik. Jeśli interesuje Was pytanie, jak nauka „dzieje się” na co dzień, książka Pääbo jest tym, czego szukacie.

Kolejne rozdziały Neandertalczyka… poświęcone są temu, jak to się stało, że autor w ogóle zainteresował się prehistorycznym DNA. Świetnie pokazują one, że zainteresowania naukowe wykraczające poza własną dziedzinę mogą doprowadzić do badań, na których prowadzenie mało kto inny wpadł. Poznajemy więc przebieg kariery Pääbo od ukończenia doktoratu, który dotyczył kwestii związanych z ludzkim układem odpornościowym aż po wyizolowanie materiału genetycznego z niewielkich, acz tajemniczych, pozostałości z Jaskini Denisowa i, co za tym idzie, odkrycie denisowian. W trakcie tej wieloletniej, fascynującej podróży poznajemy członków zespołu Pääbo, jego współpracowników i rywali. Przekonujemy się też, że naukowcami targają dokładnie te same uczucia, których doświadczają „zwykli śmiertelnicy”, a świat nauki nie jest pozbawiony tych samych wad, które ujawniają się we wszystkich innych grupach ludzkich, przede wszystkim wybujałych ambicji i zazdrości. Czasem, ze względu na wysoki poziom rywalizacji, przywary te są wręcz lepiej widoczne. Oczywiście, czytając należy pamiętać, że książka pisana jest z perspektywy jednego z uczestników „wyścigu”, który z pewnością nie jest obiektywy. Widoczne jest to szczególnie we wcale nie tak rzadkim wyzłośliwianiu się. Uszczypliwości kierowane są m.in. ogólnie do Niemców. W pierwszej połowie książki przy każdym wspomnieniu tego kraju znajduje on jakiś powód, żeby wytknąć przedstawicielom tego narodu ich nazistowską przeszłość. Z czasem jednak przekonuje się, że w dużej mierze właśnie im zawdzięcza możliwość poświęcenia się odpowiedzi na naukowe pytania, które go nurtowały i odpuszcza.

Zbliżając się do końca wydanej w 2014 roku książki należy pamiętać, że nie jest ona pełnym opisem zamkniętego rozdziału badań. Co kilka miesięcy pojawiają się bowiem nowe odkrycia dotyczące neandertalczyków, denisowian i nas samych, które modyfikują obraz naszej niedawnej ewolucyjnej przeszłości. Niedawno dowiedzieliśmy się np., że człowiek współczesny krzyżował się z neandertalczykiem kilka razy na różnych terenach, co skutkuje różną ilością neandertalskiego DNA u ludzi pochodzących z różnych rejonów świata. W książce pojawia się kilka niefortunnych sformułowań, jak np. to, że materiał do badań pochodził z kości niezakonserwowanych w żaden szczęśliwy sposób, podczas gdy samo to, że dotrwały do naszych czasów należy uznać za szczęśliwy traf, kości bowiem zachowują się w różnym stopniu w zależności od środowiska, w którym zalegają. Podobnie małpy oskarżone zostały o niezdolność do uczenia się od siebie nawzajem i zmuszone są nieustannie do „odkrywania” nowych umiejętności metodą prób i błędów. Tymczasem posiadamy szereg przykładów umiejętności, które przekazywane są od kilku pokoleń w obrębie grup szympansów czy makaków.

Prztyczek w nos należy się również polskiej tłumaczce książki oraz zespołowi redakcyjnemu. Na jednej ze stron czytamy: W 1994 roku Matthias wyizolował DNA ze szczątków czterech syberyjskich mamutów żyjących od 9,7 do ponad 0,5 tys. lat temu… Mamuty 500 lat temu!? Szybkie sprawdzenie angielskojęzycznej wersji książki przekonało mnie, że tego karygodnego błędu nie należy przypisywać Svante Pääbo, ale ludziom przygotowującym polskie wydanie. W rzeczywistości bowiem chodziło o okres od 9,7 do ponad 50 tys. lat…

Neandertalczyk. W poszukiwaniu zaginionych genomów to fascynująca lektura, która opowiada nam nie tylko, jak to się stało, że odcyfrowano DNA naszego najbliższego wymarłego krewniaka, ale również jak nauka wygląda „od kuchni”. Autor nie szczędzi nam szczegółów dotyczących stosowanych na każdym etapie badań metod. I choć – szczególnie w otwierającym rozdziale – może to przytłaczać, uważna lektura z pewnością się opłaci. Zwłaszcza, że mimo przykładania tak dużej wagi do detali badań, całość napisana jest bardzo przystępnym, niepozbawionym humoru językiem. Wykorzystując pojawiającą się tu i ówdzie na kartach książki złośliwość mogę jedynie powiedzieć, że mylący może być tytuł książki. W rzeczywistości powinien on bowiem brzmieć Svante Pääabo: Autobiografia

Kategorie wiekowe: ,
Wydawnictwo:
Format: ,
Wartość merytoryczna
Poziom edytorski
Atrakcyjność treści
OCENA
Neandertalczyk. W poszukiwaniu zaginionych genomów to fascynująca lektura, która opowiada nam nie tylko, jak to się stało, że odcyfrowano DNA naszego najbliższego wymarłego krewniaka, ale również jak nauka wygląda „od kuchni”. Autor nie szczędzi nam szczegółów dotyczących stosowanych na każdym etapie badań metod. I choć – szczególnie w otwierającym rozdziale – może to przytłaczać, uważna lektura z pewnością się opłaci. Zwłaszcza, że mimo przykładania tak dużej wagi do detali badań, całość napisana jest bardzo przystępnym, niepozbawionym humoru językiem. Wykorzystując pojawiającą się tu i ówdzie na kartach książki złośliwość mogę jedynie powiedzieć, że mylący może być tytuł książki. W rzeczywistości powinien on bowiem brzmieć Svante Pääabo: Autobiografia...

Autor

Z wykształcenia archeolog klasyczny. Z natury miłośnik nauki i literatury popularnonaukowej (szczególnie biologicznej i fizycznej). Z potrzeby człowiek zainteresowany kwestiami edukacji oraz upowszechniania nauki. Współautor raportu "Dydaktyka cyfrowa epoki smartfona. Analiza cyfrowych aspektów dydaktyki gimnazjum i szkoły średniej"
  • Pingback: Konkurs na Mądrą Książkę Roku rozstrzygnięty! - Mądre Książki()

  • Dominik Kurek

    mamuty nawet 500 lat temu? chwilę później w książce ” Rozmowy o człowieku” gość wspomina o malowidłach jaskiniowych sprzed czterech tys. lat (!), gdy najstarsze datuje się na 40 tys.

    • Kamil Kopij

      Niestety się zdarzają. Chyba trzeba zrzucić to na karb braku uważnej redakcji naukowej. Szkoda, bo książka jest świetna, a takie głupoty mocno rzutują i zmniejszają zaufanie przede wszystkim do polskiego wydawcy, który nie potrafił zadbać, żeby dobrze wszystko przełożono

      • Joanna Zwierzyńska

        To w ogóle jest problem: co należy do zakresu redakcji naukowej? Sprawdzanie faktów nie, bo zawartość merytoryczna leży po stronie autora, ale z drugiej strony… fajnie by było, gdyby redaktor wiedział chociaż mniej więcej, o czym czyta, i takie rzeczy wyłapał. Inna kwestia to to, czy tłumacz nie powinien znać się choć trochę na tym, co przekłada… Konsultant naukowy wydaje mi się w przypadku książek popularnonaukowych niezbędny. Tylko to niestety koszty, więc wydawnictwa się rzadko na to rozwiązanie decydują. A szkoda!

        • Kamil Kopij

          Wiesz, tylko w tym przypadku to nie autor się pomylił, tylko tłumaczka, redakcja. Prawdopodobnie to tylko głupia literówka, ale jednak każdy, kto kojarzy co i jak, postuka się w głowę widząc takiego babola.

          • Joanna Zwierzyńska

            Myślę, że pomyliła się tłumaczka, nie redakcja – w końcu to tłumaczka miała (poprawny!) angielski tekst przed sobą; wątpię, żeby redaktorka zmieniła z dobrego na złe, prawda? W redakcji po prostu nie zauważono błędu. A tak w ogóle to trochę trudno mi sobie wyobrazić, jak można zrobić błąd przy tłumaczeniu, i to w liczbie – było dobrze, a ktoś przetłumaczył źle? Dziwne. Tak, głupie literówki podważają niestety wiarygodność.

          • Kamil Kopij

            A jednak tak było. Zdziwiony błędem sięgnąłem po oryginał, bo nie wierzyłem, że autor mógłby popełnić takiego wielbłąda. Na szczęście okazało się, że to nie on, lecz strona polska (niestety).

          • Joanna Zwierzyńska

            Tak, domyślam się (jest to mimo wszystko bardziej prawdopodobne niż wprowadzenie błędu na etapie redakcji). Szkoda! Ale w matematycznych też czasem pojawiają się po tłumaczeniu taaaaakie rzeczy, że ojej.

Inline
Inline
Google+