Imperializm ekologiczny. Biologiczna ekspansja europy 900-1900

Imperializm ekologiczny. Biologiczna ekspansja europy 900-1900

Autorki: Alfred W. Crosby

  • Tłumaczenie: Maciej Kowalczuk
    Tytuł oryginału: Ecological imperialism. The biological expansion of Europe, 900-1900
    Seria/cykl wydawniczy: Biblioteka Myśli Współczesnej (±∞)
    Wydawnictwo: PIW
    Data wydania: 1999
    ISBN 83-06-02763-9

  • Wydanie: papierowe
    Oprawa: miękka
    Liczba stron: 385

Ameryka Północna, południe Ameryki Południowej, Australia i Nowa Zelandia leżą daleko od Europy, ale klimat mają do niej zbliżony, a warunki rozwoju europejskiej flory i fauny, włączając w to człowieka, są tam wręcz doskonałe. (…)
Europejczycy odnosili zwycięstwa zapewne dzięki przewadze w uzbrojeniu, lepszemu zorganizowaniu lub fanatyzmowi, ale dlaczego – na miły Bóg- słońce nigdy nie zachodzi w królestwie mniszka lekarskiego?! Niewykluczone więc, że sukces europejskiego imperializmu ma także podłoże biologiczne i ekologiczne.(…)
Musimy dokładnie przyjrzeć się historii organizmów chorobotwórczych ze Starego Świata, ponieważ ich sukces jest najbardziej widowiskowym przykładem potęgi biogeograficznych uwarunkowań, które leżały u podłoża powodzenia europejskich imperialistów w zamorskich krajach. Albowiem to zarazkom, a nie imperialistom – choć tym ostatnim nie brakowało brutalności czy gruboskórności – należy przypisać odpowiedzialność za zniszczenie tubylców i otwarcie Neo-Europ na demograficzne zawłaszczenie.  Fragment książki

Zarówno seria wydawnicza, jak też informacje o nagrodzie głównej im. Ralpha Waldo Emersona[1] przyznanej w roku 1987, licznych przekładach i aż czternastu wydaniach w języku angielskim zachęcają do zatopienia się w lekturze. Czy jednak warto?

Autor w dwunastu rozdziałach przedstawia dzieje europejskiej ekspansji, widziane okiem nie tylko historyka, lecz również biologa. W skrócie dowiemy się o genezie biologicznego zróżnicowania kontynentów, ich zasiedlaniu i rozwoju kulturowym. Następnie Crosby analizuje europejskie ekspansje poza kontynent, zaczynając od Bliskiego Wschodu, a kończąc na Amerykach. Obiektami rozważań Autora są nie tylko ludzie, ale w równej mierze związane z nimi rośliny, zwierzęta i choroby, a także niezależne czynniki środowiskowe. Całość z pozoru przedstawiona jest dość zgrabnie i przekonująco. Zagłębiwszy się jednak w lekturze, dostrzegamy bezlik niedomówień, błędów, przeinaczeń i językowych niezgrabności, którymi zawinili i autor, i tłumacz.

Podczas lektury natkniemy się niestety na poważne błędy rzeczowe. Na przykład stronie 25. autor pisze: Według klasycznej definicji rewolucja neolityczna rozpoczęła się, gdy przy nadawaniu ostatecznego kształtu kamiennym narzędziom człowiek zarzucił odłupywanie na rzecz ścierania i polerowania (…) i cztery wersy dalej W tym samym czasie ludzie wynaleźli rolnictwo, udomowili wszystkie zwierzęta znane z gospodarskich obejść i pastwisk, nauczyli się pisać, budować miasta i stworzyli cywilizację. Natomiast na stronie 50.  Załóżmy, że było to równe pięć tysięcy lat temu, wraz z udomowieniem konia – co jest może arbitralnym, ale w przybliżeniu dobrym wyborem (…). Co prawda Crosby zaznacza, że: (…) pełny opis tego, co się wtedy zdarzyło byłby o wiele bardziej skomplikowany, jednak uproszczenie dokonane w tym miejscu zdecydowanie przekracza minimum naukowej ścisłości. Przy omawianiu, nawet najbardziej ogólnym, rewolucji neolitycznej, wysunięcie na pierwszy plan technologii obróbki kamienia jest z punktu widzenia współczesnej archeologii nie do przyjęcia. Co prawda rzeczywiście można zauważyć taką zmianę technologiczną w materiale archeologicznym, lecz miała ona znaczenie drugorzędne. Zmiana sposobu gospodarowania (pojawienie się gospodarki wytwórczej, opartej na uprawie roślin i hodowli zwierząt) jest dziś uznawana za cezurę oddzielającą neolit od wcześniejszych epok. Poważnym nadużyciem, z punktu widzenia współczesnej archeologii i historii, jest również stwierdzenie, że rewolucja neolityczna miała miejsce równo pięć tysięcy lat temu. Błąd nie jest mały, bowiem od lat 40. dwudziestego wieku uważa się, że proces neolityzacji rozpoczął się około 10-11 tysięcy lat temu na Bliskim Wschodzie, a 5 tysięcy lat temu był już zjawiskiem w pełni dojrzałym i obejmował całą Europę, Północną Afrykę i duże połacie Azji. Co więcej, w tekście książki (na s.318) czytamy, że sześć tysięcy lat temu w Mezopotamii wynaleziono pług. Czy ma to oznaczać, że najpierw wynaleziono pług, a tysiąc lat później dokonała się rewolucja neolityczna? Ponadto konia udomowiono o wiele wcześniej. Błędy popełnił autor, jednak czy zwalnia to tłumacza i wydawcę z obowiązku komentarza lub sprostowania? W wielu miejscach takie komentarze są wręcz niezbędne, zważywszy na popularnonaukowy i interdyscyplinarny charakter książki, nie ma jednak ani jednego.

Nie jest to niestety jedyny mankament. Zwraca się dziś coraz większą uwagę na niebagatelną rolę przekładcy w procesie tłumaczenia, a także kształtowania języka polskiego, zaś w książkach popularnonaukowych także świadomości czytelnika. Trzeba zatem nie tylko wskazywać wybitne osiągnięcia w tym zakresie, ale też piętnować błędy. W omawianej publikacji w wielu miejscach napotykamy na przykład dziwaczne neologizmy:

–          owocek z puchem kielichowym, złapany na drzazgę z bala spediowanego z Portsmouth  (s.184). Ów owocek (mlecza zwyczajnego) miał przypadkowo zawieruszyć się pośród beli (a nie bali) niewyprawnych skór wysyłanych z jednego portu do drugiego;

–          staroświatowa rewolucja neolityczna (s.45) i Po znalezieniu się w Ameryce, Australii i Nowej Zelandii staroświatowe czworonogi ogołociły miejscowe trawy i półkrzewy (s.316). Raczej należałoby napisać rewolucja neolityczna Starego Świata i czworonogi pochodzące ze Starego Świata, dłużej ale za to po polsku. Głęboką tajemnicą okryty jest natomiast termin „półkrzewy”. Nie występuje on w polskich encyklopediach, leksykonach roślin, ani słownikach.

–          wielokrotnie powtarzane w tekście określenie Neo-Europy (ss.20, 190, 245 i inne) jest kalką z wydania angielskiego. Może lepiej było napisać Nowe Europy – bardziej to przejrzyste i strawne dla ucha i oka polskiego odbiorcy.

Błędy onomastyczne także nie są rzadkością:

–          Kultura Syberyjczyków przypomina europejską (…) (s.45). Pojawiają się pytania: o który okres w dziejach chodzi?, i co to znaczy Syberyjczyków? Przede wszystkim należy zaprotestować przeciwko potraktowaniu ludów Syberii, tak przecież różnorodnych, jako jednolitej wspólnoty. Próba taka musi być skazana na niepowodzenie. Zdanie powyższe powinno raczej brzmieć: kultura ludów północno-zachodniej Syberii przypominała w okresie od schyłkowego paleolitu do epoki brązu kultury Europy północno-wschodniej. Należy zaznaczyć, że nawet w ten sposób sformułowana teza również nie do końca odpowiada rzeczywistości.

–          przekonanie Yanomamasów (s.218). Chodzi tutaj o przekonania Indian Yanomami, zamieszkujących dorzecze górnej Amazonki. Prawidłowa odmiana powinna zatem brzmieć: „kogo?” – Yanomamów. Zgrabniej i prościej jest napisać: przekonanie Indian Yanomami.

–          ani przez ludzi, ani przez antropoidów (s.298) – powinno raczej być przez antropoidy. W języku polskim mówimy: te antropoidy, a nie: ci antropoidzi.

Sporo jest w tekście hybryd językowych, które brzmią dziwacznie i są, co więcej, sprzeczne ze sztuką przekładu. Oto dwa przykłady (pisownia i podkreślenia oryginalne):

–          św. Jean de Crevecoeur (s.210)

–         (…) monsieur Dupin radzi, aby „chercher [szukać] śladów i skutków oddalenia oraz izolacji (s.298).

Tłumacz, jak widać, ma duże trudności z uwolnieniem się od wpływów angielskich, a także wykazuje translatorską niedbałość i niewystarczającą znajomość terminologii fachowej z zakresu geologii, archeologii czy etnografii. Uważam, że takie rozeznanie jest konieczne przy przekładach prac naukowych i popularnonaukowych. Jego brak doprowadził w przypadku recenzowanej pracy do pojawienia się szeregu błędów rzeczowych (ss.17, 22, 25, 39, 42, 45, 50, 191, 299, 304, 318), które przeinaczają sens tekstu oryginalnego w sposób czasem nawet śmieszny.

Na s.17 czytamy zatem, że: płaszcz ziemski budują platformy, co nie jest prawdą. Najbardziej zewnętrzną warstwą Ziemi jest skorupa, zbudowana z płyt tektonicznych, zaś platformy są szczególnym rodzajem tych ostatnich. Płaszcz ziemski jest drugą (lub nawet trzecią) wyróżnianą przez geologów warstwą tworzącą naszą planetę.

Około 100 tysięcy lat temu ludzki mózg osiągnął współczesne, prawdopodobnie maksymalne, rozmiary. Wprawdzie potem przeżywaliśmy od czasu do czasu jakieś wstrząsy, jednak nie ulega wątpliwości, że w wypadku naszego rodzaju rzeczywisty rozwój fizyczny mózgu dokonał się 40 tysięcy lat temu, wraz z pojawieniem się Homo sapiens (człowieka myślącego!) o twarzy umazanej lokalnie dostępnym pigmentem i dłoni zaciśniętej na zaostrzonym lub zakończonym kamieniem kiju (…)  (s.22). Pozwolę sobie tylko na suchą korektę. Mózg, o średnich rozmiarach odpowiadających naszym (powyżej 1000 cm3), pojawił się na arenie ewolucji wraz z Homo neanderthalensis około 250-300 tysięcy lat temu. Od pojawienia się Homo sapiens (tzw. AMH, czyli Anatomically Modern Human) ok. 140-150 tysięcy lat temu, w anatomii gatunku nie zachodziły większe zmiany, a na pewno nie dotyczyły one mózgu. Tzw. rewolucja paleolityczna, która miała miejsce ok. 40 tys. lat temu związana była więc nie z ewolucją fizyczną, a z ewolucją zachowań społecznych i ze zmianami kulturowymi. Wszystkie te informacje znaleźć można m.in. w znakomicie przełożonej książce R. Foleya Zanim człowiek stał się człowiekiem, która ukazała się również nakładem wydawnictwa PIW, w tej samej serii co praca Crosby’ego. Ponadto wydźwięk całego ustępu, przedstawiający człowieka paleolitu jako nieokrzesanego dzikusa, nie jest zgodny z naszą aktualną wiedzą o poziomie jego rozwoju kulturowego.

Kolejny błąd, niestety znów bardzo poważny: prośba Hittite, kapłana państwa Hatti w królestwie Mursilis (s.42) – z fragmentu tego można wywnioskować, że państwo Hatti znajdowało się w królestwie o nazwie Mursilis, a jednym z kapłanów był niejaki Hittite. Zdanie oryginalne: crie (…) of a priest of the Hatti land in the Kingdom of Mursilis, a Hittite ruler of the fourteenth century before Christ każe zastanowić się nad kompetencją tłumacza nie tylko w zakresie historii starożytnej. Zdanie angielskie znaczy po prostu: lament kapłana z ziemi Hatti w królestwie Mursilisa, władcy hetyckiego (ang. Hittite) z 14. wieku przed Chrystusem. Mursilis był drugim władcą o tym imieniu, który panował w państwie Hatti w latach 1345-1315 p.n.e. Nie istniało zaś nigdy królestwo Mursilis, ani kapłąn o imieniu Hittite.

Czytając omawiane tłumaczenie, odnosi się ogólnie wrażenie, że jest to jego pierwsza, surowa, niedopracowana wersja. Szereg zdań jest niejasnych, zawiera błędy stylowe, składniowe, niektóre akapity czy fragmenty są niespójne, a czasem wręcz sprzeczne. Czy tę niebagatelną ilość niedociągnięć zrzucić na karb pośpiechu? Poniżej prezentuję tylko kilka przykładów wspomnianych gaf językowych:

s.152: W rzeczywistości podbój trwał do końca XIX stulecia i zanim najeźdźcy włączyli do swojego arsenału nauki i techniki, afrykański ekosystem był dla nich zbyt bujny, zbyt płodny i zbyt nieoswojony (…) Prawdopodobnie chodzi o to, że najeźdźcy (Europejczycy) wykorzystali w podboju Afryki wiedzę z różnych dziedzin nauki i techniki. Lepiej jednak było napisać wykorzystali naukę i technikę.

s.207: Jak już wielokrotnie powtarzaliśmy, [czworonogi] potrafiły doskonale przystosować się do warunków panujących w Neo-Europach i vice versa. Czy to znaczy, że warunki środowiskowe także przystosowały się do rzeczonych czworonogów?

s.210: Istniał cały system różnorodnych sposobów na (…) podążanie tropem [pszczół] do pszczelego drzewa – pomimo strzaskanych goleni i kąpieli w oczkach wodnych. Słownik języka polskiego pod redakcją M. Szymczaka z roku 1992 podaje, że: strzaskany to rozbity w kawałki, zmiażdżony, zgruchotany, roztłuczony, np.: noga strzaskana kulami. Czyżby tłumacz posłużył się kolokwialnym rozumieniem słowa „strzaskać” (np.: strzaskać kogoś po pysku)? Uważam jednak, że tego typu żargonowe określenia nie powinny zaśmiecać tekstu popularnonaukowego. Lepiej w tym wypadku napisać: pomimo goleni podrapanych, bolących, poobijanych, potłuczonych, boleśnie wychłostanych kłączami itd..

s.284: (…) liczba rdzennych Polinezyjczyków na Nowej Zelandii spadła z 200 tysięcy, a co najmniej 100 tysięcy w 1769 roku, do (…)  – jest to bardzo niezręczne stylistycznie.

s.293: (…) egzotyczne i żywe niczym srebro chwasty podążały wzdłuż dróg ku zaroślom (…). Coś może być niczym żywe srebro (czyli ruchliwe, prędkie) – to frazeologizm oparty na metaforze żywego srebra, czyli rtęci, ale „żywe niczym srebro”?

s.301: Przez ostatnie miliony lat świat stracił więcej dużych zwierząt w tysiącleciu przypadającym na koniec plejstocenu niż w jakimkolwiek innym, równie krótkim przedziale czasu. Jest to kolejny przykład niedopracowania tekstu. Z trudem można wyłowić sens wypowiedzi. Brak znaków przestankowych i niewłaściwy szyk zdania utrudniają bowiem jego właściwe zrozumienie.

Wreszcie s.325:  efemeryczny epizod. Jak rozumiem w przeciwieństwie do permanentnego epizodu?

Zupełnie niezrozumiały jest brak konsekwencji w prezentacji nazw geograficznych. Część z nich pozostawiona jest w brzmieniu oryginalnym (np. na mapie na s.242), a część przełożona połowicznie (np. na s.256 – zatoka Mercury zamiast Zatoka Merkurego, lub lepiej Mercury Bay). Także pełne tłumaczenie nazw tradycyjnie nieprzekładalnych wzbudza zdumienie i co gorsza, dezorientuje: Zatoka Botaniczna zamiast Botany Bay (s.26), Zatoka Wysp zamiast Bay of Islands (s.258). Dlaczego zaś czytamy o przylądku Reinga (s.240), skoro tak naprawdę nosi on imię Cape Regina? Przy okazji warto zwrócić uwagę na pisownię nazw geograficznych małymi literami (przylądek Reinga s.240, czy zatoka Mercury s.256). Zdumieniem również napawa porównanie mapy na stronie 242 z tekstem na stronach 240-257. Pierwszą rzeczą, która zwraca uwagę na mapie, jest obecność zaledwie trzech nazw w języku polskim (Wyspa Północna, Wyspa Południowa i Góra Egmont), wszystkie pozostałe są po angielsku, choć w tekście tłumacz posługuje się jedynie nazwami polskimi. Dodatkową „atrakcją” jest fakt, iż z pięciu miejsc powoływanych w tekście, na mapie odnaleźć można tylko jedno – pozostałe nie zostały wskazane. Przebojem wśród błędnie przełożonych nazw geograficznych jest Wybrzeże Golfowe Ameryki Środkowej (s.51) (ang. Gulf Coast of Central America).

Ogólne wrażenie, które pozostawia książka jest niestety bardzo złe. Pośpiech, oszczędność na korekcie (książka nie ma ani jednego korektora (!!) za to szereg błędów literowych) i tylko jednego konsultanta naukowego – botanika) i niekompetencja merytoryczna tłumacza kłują w oczy. Z przykrością, ale szczerze odradzam sięgnięcia po tę pozycję. Nie było i nie jest moim celem podważenie zaufania do wydawnictwa. Uważam jednak, że moim obowiązkiem, jako czytelnika interesującego się przedstawianą problematyką, jest zwrócenie uwagi na niepokojące tendencje, które niestety zaczynają pojawiać się nawet u tak renomowanych edytorów jak PIW. W serii Biblioteki Myśli Współczesnej (±∞) dalej ukazują się pozycje ważne, w świetnych tłumaczeniach. Doprawdy warto utrzymywać ten poziom.

[1] – Nagroda R.W. Emersona przyznawana jest od roku 1960, przez stowarzyszenie Phi Beta Kappa za prace z dziedziny historii, filozofii lub religii.

Kategorie wiekowe: ,
Wydawnictwo:
Format:
Wartość merytoryczna
Atrakcyjność treści
Poziom edytorski
OCENA
Dzieje europejskiej ekspansji, widziane okiem nie tylko historyka, lecz również biologa. Książka ta opisuje genezę biologicznego zróżnicowania kontynentów, ich zasiedlenia i rozwoju kulturowego. Niestety ma też liczne mankamenty - przeczytaj koniecznie, by wiedzieć jakich błędów nie ustrzegł się autor!

Autor

archeolog latynoamerykanista, geolog, alpinista
Google+