Sarmaci i uczeni. Spór o pochodzenie Polaków w historiografii doby staropolskiej

Sarmaci i uczeni. Spór o pochodzenie Polaków w historiografii doby staropolskiej

Autor: Wojciech Paszyński

  • Wydawnictwo: Księgarnia Akademicka
    Data wydania: 2016
    ISBN 978-83-7638-747-5
  • Wydanie: papierowe
    Oprawa: miękka
    Liczba stron: 280
Praca […] Wojciecha Paszyńskiego […] jest interesującym i wiele wnoszącym do naszej wiedzy przykładem analizy przemian idei w nauce w powiązaniu ze zmieniającą się sytuacją społeczno-polityczną w długim czasie. Autor poddał analizie spór o pochodzenie Polaków w historiografii staropolskiej w okresie od XII do XVIII wieku, de facto wykraczając jednak znacząco poza tak zdefiniowany we wstępie czas w kierunku współczesnościz recenzji prof. dr. hab. Dariusza Dolańskiego

W dobie rozprzestrzeniania się turbolechickich fantazmatów wiele osób zastanawia się kim byli przodkowie Polaków, kiedy pojawili się na ziemiach naszego kraju i jak wyglądały ich relacje z sąsiadami? Każdy z nas był uczony w szkole o zjawisku sarmatyzmu, niektórzy zdają sobie też sprawę, że królowie Polski przez wiele lat nosili tytuł władców Gotów i Wandalów. Wydaje się więc, że książka Wojciecha Paszyńskiego ukazała się w idealnym momencie, gdyż dzięki niej liczni czytelnicy będą mogli uzyskać odpowiedzi na nurtujące ich pytania.

Autor postanowił przestudiować literaturę staropolską w celu ukazania procesu kształtowania się wyobrażenia o sarmackich korzeniach Polaków. Nie omieszkał także wspomnieć o Wandalach, choć można dostrzec, że w tej tematyce czuje się zdecydowanie mniej pewnie, o czym może świadczyć abstrahowanie od domniemanych skandynawskich korzeni Wandalów, bądź nieumiejętność poprawnego zweryfikowania teorii, że Wandalowie i Lugiowie to dwa określenia na tę samą społeczność.

Zakres chronologiczny pracy obejmuje XII-XVIII, zaś końcową cezurę stanowi trzeci rozbiór Rzeczypospolitej. Pod tym względem koncepcja pracy nie budzi wątpliwości, podobnie jak położenie szczególnego nacisku na twórczość Jana Długosza, Macieja Miechowity (Macieja z Miechowa), Marcina Bielskiego i Marcina Kromera. Momentami aż prosi się o rozbudowanie zaprezentowanych wywodów, których trzon obejmuje tylko 152 strony. Autorowi udało się jednak nie tylko usystematyzować poszczególne etapy kształtowania się „mitu sarmackiego”, ale także ukazać go w kontekście erudycyjnych rozważań Odrodzenia, które dopiero w późniejszych latach przybrały zwulgaryzowaną formę, stając się podbudową obskurantyzmu i wstecznictwa.

Przedstawiona analiza nie jest niestety pozbawiona pewnych mankamentów. Przede wszystkim nieco zlekceważony został Wincenty Kadłubek, któremu poświęcono raptem cztery strony. Wprawdzie jego znaczenie dla rozprzestrzenienia się koncepcji sarmackiego bądź wandalskiego pochodzenia Polaków nie było kluczowe, ale na jego przykładzie doskonale widać w jakim celu pojawił się nurt poszukiwania starożytnych przodków. Kłania się książka Jacka Banaszkiewicza (Polskie dzieje bajeczne mistrza Wincentego Kadłubka) widniejąca wprawdzie w bibliografii, ale kompletnie niewykorzystana. Paszyński nie przedstawił też alternatywnej wersji pochodzenia tzw. Kroniki Prokosza, o której swego czasu pisał Piotr Boroń. Zabrakło wytłumaczenia czytelnikowi, że podobne procesy miały ówcześnie miejsce w całej Europie i początkowo nie wynikały wcale z chęci dowiedzenia się „jak było”, przez co rozpatrywane zagadnienia nie mieszczą się w prostym schemacie „prawda – fałsz”, a badana rzeczywistość jest często rzeczywistością literacką, a nie historyczną.

Gdyby autor ograniczył się do opisania kolejnych etapów powstawania mitu sarmackiego, otrzymalibyśmy książkę, która porządkuje wspomnianą tematykę, zawierając kilka nowych, interesujących spostrzeżeń i interpretacji. Niestety, Paszyński wykroczył poza swoje kompetencje, pragnąc poddać weryfikacji ewentualną prawdziwość opisywanej koncepcji etnogenetycznej. Realizacja tego celu wymaga solidnej wiedzy z zakresu historii starożytnej, której autor zwyczajnie nie posiada. Nawet jeśli wymienia w bibliografii pewne publikacje poświęcone ziemiom starożytnej Polski, to niewiele z tego wynika. W zaskakujący sposób zbyte milczeniem zostały ustalenia Macieja Michalskiego (Dawni Słowianie w tradycji polskiej I połowy XIX w. – nawiasem mówiąc, jest to nieporównywalnie lepsza książka napisana na podobny temat), jak również niezwykle istotne z punktu widzenia uzmysłowienia sobie politycznych uwarunkowań badań nad Słowianami wywody Mariusza Ciesielskiego (Starożytna Germania i Germanie w historiografii polskiej), nie wspominając już o literaturze stricte starożytniczej (głównie publikacjach Jerzego Kolendo). Najgorsze jest to, że Paszyński dopuszcza możliwość sarmackiego pochodzenia Polaków niejako mimochodem, bez przeprowadzenia stosownej analizy. W efekcie nie mający głębszej wiedzy historycznej czytelnik może potraktować tę teorię jako jedną z kilku możliwych, ponieważ autor na czterech stronach podał jedynie argumenty przemawiające za jej poparciem, pomijając dewastujące momentami kontrargumenty. Wrażenia chaosu dopełnia zestawienie rzekomych nazw nadawanych Słowianom przez antycznych pisarzy, wśród których (ze znakiem zapytania) znaleźli się nie tylko Neurowie i Budynowie (kto jeszcze bierze poważnie tę na wskroś karkołomną teorię?!), ale także (bez znaku zapytania) Wenedowie – zdaniem autora o Słowianach na ziemiach dzisiejszej Polski z całą pewnością pisali Strabon, Pliniusz Starszy czy Pomponiusz Mela. Takie twierdzenie to po prostu skandal.

Praca nie jest także wolna od innych niedoskonałości. Autor nie potrafi cytować źródeł internetowych (!), nie zdaje sobie sprawy, że pierwszeństwo każdorazowo mają źródła drukowane, nie zaś ich pozbawione aparatu naukowego wersje zamieszczone w Internecie, nie potrafi cytować źródeł antycznych, średniowiecznych i (niektórych) wczesnonowożytnych, każdorazowo posługując się numerem strony wykorzystanego wydania – są to tyleż poważne co zaskakujące błędy warsztatowe. Przemysław Urbańczyk dwukrotnie został niezbyt szczęśliwie wymieniony w zestawieniu z Januszem Bieszkiem i Piotrem Makuchem, co może byłoby nawet zabawne, gdyby nie było obraźliwe. Na koniec wreszcie często zdarzają się przypadki powoływania się na opracowania bez podania numeru strony, co skłania do przypuszczeń, że autor ich po prostu nie czytał.

Niewiele brakowało, a w ogóle nie przeczytałbym recenzowanej książki. Owo wahanie miało źródło w dwóch sformułowaniach zawartych w „Słowie od autora”, które kazały mi się poważnie zastanowić się nad jego kompetencjami historycznymi. Pierwsze z nich („pamiętajmy tragedię Ukrainy – niepokornej, zbuntowanej, rozszarpywanej między Wschód i Zachód, faktycznie po dziś dzień”) sugeruje, że autor nie wie, że państwo o nazwie „Ukraina” powstało w 1992 r., więc wspomniany przez niego brak pokory czy buntowniczość („po dziś dzień”) mogą odnosić się wyłącznie do historii najnowszej, w której kluczowe miejsce zajmuje antypolski resentyment (przeciwko komu ów „brak pokory”, jeśli nie przeciwko polskiej i rosyjskiej/radzieckiej władzy?). Nie jest to właściwe miejsce na pastwienie się nad dojrzałością polityczną ukraińskich polityków i ich wyborców, którzy ponoszą główną winę za stan, w jakim znalazło się ich państwo (nie zaś mityczne ścieranie się Wschodu z Zachodem), ale odnoszę nieodparte wrażenie, że autor myli państwo ukraińskie z ziemiami nazywanymi „Ukrainą”. Pomijam już nawet fakt, że pobrzmiewa w tym fragmencie utożsamianie współczesnych Ukraińców z Kozakami, na co ci drudzy mają od dawna wyrobione zdanie… Druga fraza („Z dawnych zaborców jedno państwo wciąż odwołuje się do absolutystycznej wizji rządów […], będąc zagrożeniem dla wolnych narodów Europy”) jest dowodem, że antyrosyjska paranoja dotknęła niestety część środowiska naukowego, a publicystyczna retoryka zastępuje analizę naukową. Nie chodzi w tym miejscu o to, jakie uczucia żywi się wobec Ukrainy i Rosji, bo w pracy naukowej nie ma to żadnego znaczenia, ponieważ jedynym dopuszczalnym wyznacznikiem jest rzetelność i dążenie do zachowania neutralności światopoglądowej, ale o bezrefleksyjne powtarzanie haseł politycznych i komiksową wizję świata. Nie tego oczekuję od książki o charakterze naukowym i uważam, że nie powinniśmy się godzić na przenikanie do prac historycznych tego rodzaju nacechowanej osobistymi emocjami publicystyki.

Zdaję sobie sprawę, że skupiłem się na negatywach, co może prowadzić do mylnego wrażenia, dotyczącego choćby objętościowego rozłożenia akcentów, zatem należy podkreślić, iż książka jest po prostu nierówna, zawierając obok wartościowych partii również takie, które wymagają ponownego napisania. Autor powinien skupić się na badaniu zjawiska sarmatyzmu, ponieważ w tej tematyce radzi sobie zdecydowanie lepiej i może nas w przyszłości uraczyć ciekawymi spostrzeżeniami. Przy okazji po raz kolejny okazało się, że pod względem interpretacyjnym historia starożytności jest najtrudniejsza i nie da się pisać o niej „z doskoku”, bo do całej gamy błędnych teorii można dodać jeszcze kilka własnych, nawet jeśli asekuracyjnie wyraża się je w mało zdecydowany sposób. Obawiam się jednak, że z czasem może się pojawić więcej samozwańczych ekspertów, lekceważących dorobek pokoleń badaczy starożytnych dziejów ziem polskich.

————————————————————————-

Odpowiedź autora książki – dra Wojciecha Paszyńskiego – na powyższą recenzję

Recenzja P. Dra Faszczy [odp. Dra Paszyńskiego zawarto w nawiasach kwadratowych pod kolejnymi akapitami]:

W dobie rozprzestrzeniania się turbolechickich fantazmatów wiele osób zastanawia się kim byli przodkowie Polaków, kiedy pojawili się na ziemiach naszego kraju i jak wyglądały ich relacje z sąsiadami? Każdy z nas był uczony w szkole o zjawisku sarmatyzmu, niektórzy zdają sobie też sprawę, że królowie Polski przez wiele lat nosili tytuł władców Gotów i Wandalów. Wydaje się więc, że książka Wojciecha Paszyńskiego ukazała się w idealnym momencie, gdyż dzięki niej liczni czytelnicy będą mogli uzyskać odpowiedzi na nurtujące ich pytania.
[Zgadzam się bez zastrzeżeń. Dodam tylko, że pracę zacząłem pisać gdy „Turbolechici” jeszcze nie zagościli na kartach współczesnej literatury]

Autor postanowił przestudiować literaturę staropolską w celu ukazania procesu kształtowania się wyobrażenia o sarmackich korzeniach Polaków. Nie omieszkał także wspomnieć o Wandalach, choć można dostrzec, że w tej tematyce czuje się zdecydowanie mniej pewnie, o czym może świadczyć abstrahowanie od domniemanych skandynawskich korzeni Wandalów, bądź nieumiejętność poprawnego zweryfikowania teorii, że Wandalowie i Lugiowie to dwa określenia na tę samą społeczność.
[Uwaga o braku lub nie pewności siebie w wzmiankowanej wyżej problematyce jest pozamerytoryczna – podkreślmy, że losy Wandalów samych w sobie nie stanowią tematu Pracy, co wyjaśnione zostało powyżej. Nieprawdą jest, że abstrahuję od skandynawskich korzeni Polaków: „Wandalowie przybyli na ziemie polskie z północnych terenów Półwyspu Jutlandzkiego oraz z południowej części Norwegii. Podczas swojej wędrówki ze skandynawskiej ojczyzny prawdopodobnie wdali się w konflikt z nadłabskimi Longobardami. Analizując wspomniane wyżej dane źródłowe, ciężko jest, pominąwszy możliwie wandalskich Silingów i Lugiów, dokładnie określić lokalizację „właściwych” Wandalów. W świetle źródeł ich siedziby należy umieszczać gdzieś pomiędzy Odrą a Wisłą. Można tak wnioskować na podstawie Getiki Jordanesa, gdzie mowa jest o walkach Gotów z Wandalami (zob. Sarmaci i uczeni, s. 46)”.
O Lugiach jako Wandalach także wspominam, przedstawiając w zarysie tą problematykę:
„Jest wysoce prawdopodobne, że Wandalowie byli tożsami z Lugiami. Przyczym, na co zwraca uwagę Walter Pohl (ur. 1953), „Wandalowie” to miała być nazwa rodzima, zaś Lugiowie obca. Jeżeli założenia te są prawdziwe, to historia Wandalów przesunęłaby się prawie wiek wstecz. Plemię Lugiów wzmiankowane było już bowiem przez Strabona (tworzył w drugiej połowie I wieku przed Chr.). O Lugiach pisał też Tacyt i Ptolemeusz. Pierwszy z uczonych wspomina o całym Związku Lugijskim, do którego miało należeć szereg ludów, m.in. Hariowie, Helweonowie, Manimowie, Helizjowie i Nahanarwalowie. Nieco inny skład podaje Ptolemeusz: Lugiowie Didunowie, Lugiowie Omanowie i Lugiowie Burowie. Nie jest zasadne zagłębianie się bliżej w tę problematykę. Wspomnijmy jeszcze tutaj o jednym bardzo ciekawym użyciu nazwy Lugiów, którym jest określenie Lupiones [Lugiones] Sarmatae, występujące na rzymskiej mapie Tabula Peutingeriana z IV wieku” (Sarmaci i uczeni, s. 45-46).]

Zakres chronologiczny pracy obejmuje XII-XVIII, zaś końcową cezurę stanowi trzeci rozbiór Rzeczypospolitej. Pod tym względem koncepcja pracy nie budzi wątpliwości, podobnie jak położenie szczególnego nacisku na twórczość Jana Długosza, Macieja Miechowity (Macieja z Miechowa), Marcina Bielskiego i Marcina Kromera. Momentami aż prosi się o rozbudowanie zaprezentowanych wywodów, których trzon obejmuje tylko 152 strony. Autorowi udało się jednak nie tylko usystematyzować poszczególne etapy kształtowania się „mitu sarmackiego”, ale także ukazać go w kontekście erudycyjnych rozważań Odrodzenia, które dopiero w późniejszych latach przybrały zwulgaryzowaną formę, stając się podbudową obskurantyzmu i wstecznictwa.
[Cała praca pominąwszy bibliografię oraz aneksy posiada 205 stron (z aneksami 230), więc rdzeń pracy obejmujący między 150 a 160 stron nie jest czymś co powinno budzić większe zastrzeżenia]

Przedstawiona analiza nie jest niestety pozbawiona pewnych mankamentów. Przede wszystkim nieco zlekceważony został Wincenty Kadłubek, któremu poświęcono raptem cztery strony. Wprawdzie jego znaczenie dla rozprzestrzenienia się koncepcji sarmackiego bądź wandalskiego pochodzenia Polaków nie było kluczowe, ale na jego przykładzie doskonale widać w jakim celu pojawił się nurt poszukiwania starożytnych przodków. Kłania się książka Jacka Banaszkiewicza (Polskie dzieje bajeczne mistrza Wincentego Kadłubka) widniejąca wprawdzie w bibliografii, ale kompletnie niewykorzystana. Paszyński nie przedstawił też alternatywnej wersji pochodzenia tzw. Kroniki Prokosza, o której swego czasu pisał Piotr Boroń. Zabrakło wytłumaczenia czytelnikowi, że podobne procesy miały ówcześnie miejsce w całej Europie i początkowo nie wynikały wcale z chęci dowiedzenia się „jak było”, przez co rozpatrywane zagadnienia nie mieszczą się w prostym schemacie „prawda – fałsz”, a badana rzeczywistość jest często rzeczywistością literacką, a nie historyczną.
[Dyskusyjny jest zarzut o zbyt małej ilości stron poświęconych Kadłubkowi. Sam Recenzent stwierdza zresztą, że „jego znaczenie dla rozprzestrzenienia się koncepcji sarmackiego bądź wandalskiego pochodzenia Polaków nie było kluczowe”). Ów rzekomy mankament można przecież przekuć w atut – jako zdolność umiejętnej syntezy. Nadmienię też, że o P. Boroniu wspominam, jednak zgodzę się, że nie rozwijam tego wątku (Sarmaci i uczeni, s. 176)]

Gdyby autor ograniczył się do opisania kolejnych etapów powstawania mitu sarmackiego, otrzymalibyśmy książkę, która porządkuje wspomnianą tematykę, zawierając kilka nowych, interesujących spostrzeżeń i interpretacji. Niestety, Paszyński wykroczył poza swoje kompetencje, pragnąc poddać weryfikacji ewentualną prawdziwość opisywanej koncepcji etnogenetycznej. Realizacja tego celu wymaga solidnej wiedzy z zakresu historii starożytnej, której autor zwyczajnie nie posiada. Nawet jeśli wymienia w bibliografii pewne publikacje poświęcone ziemiom starożytnej Polski, to niewiele z tego wynika. W zaskakujący sposób zbyte milczeniem zostały ustalenia Macieja Michalskiego (Dawni Słowianie w tradycji polskiej I połowy XIX w. – nawiasem mówiąc, jest to nieporównywalnie lepsza książka napisana na podobny temat), jak również niezwykle istotne z punktu widzenia uzmysłowienia sobie politycznych uwarunkowań badań nad Słowianami wywody Mariusza Ciesielskiego (Starożytna Germania i Germanie w historiografii polskiej), nie wspominając już o literaturze stricte starożytniczej (głównie publikacjach Jerzego Kolendo). Najgorsze jest to, że Paszyński dopuszcza możliwość sarmackiego pochodzenia Polaków niejako mimochodem, bez przeprowadzenia stosownej analizy. W efekcie nie mający głębszej wiedzy historycznej czytelnik może potraktować tę teorię jako jedną z kilku możliwych, ponieważ autor na czterech stronach podał jedynie argumenty przemawiające za jej poparciem, pomijając dewastujące momentami kontrargumenty. Wrażenia chaosu dopełnia zestawienie rzekomych nazw nadawanych Słowianom przez antycznych pisarzy, wśród których (ze znakiem zapytania) znaleźli się nie tylko Neurowie i Budynowie (kto jeszcze bierze poważnie tę na wskroś karkołomną teorię?!), ale także (bez znaku zapytania) Wenedowie – zdaniem autora o Słowianach na ziemiach dzisiejszej Polski z całą pewnością pisali Strabon, Pliniusz Starszy czy Pomponiusz Mela. Takie twierdzenie to po prostu skandal.
[Nie jest i nie było moim celem weryfikowanie koncepcji sarmackiej w kontekście współczesnego stanu badań. Ograniczyłem się tylko do uwzględnienia istniejących współcześnie poglądów odnotowujących istnienie tego nurtu, nie zajmując własnego stanowiska (m.in. w aneksach s. 210-213).
Piszę między innymi: „Opierając się na tych badaniach, Anatole Klyosov podtrzymuje również hipotezę głoszącą, że Ariowie, którzy w połowie drugiego tysiąclecia przed Chr. podporządkowali sobie dolinę Indusu, byli proto-Słowianami. Oznaczałoby to przesunięcie „rodowodu” o przynajmniej dwa tysiąclecia wstecz, w „zgodzie” z koncepcjami wczesnonowożytnymi. Należy tu jednak podkreślić z mocą, że większość współczesnych uczonych (zwłaszcza archeologów) niezwykle sceptycznie podchodzi do powyższych ustaleń. Szereg nieścisłości wokół problemu pochodzenia Słowian sprawia wszelako, że teorii o sarmackim (indoirańskim) pochodzeniu tego ethnosu nie da się całkiem wykluczyć” (Sarmaci i uczeni, s. 213).
Zarzut rzekomego zignorowania spuścizny Macieja Michalskiego jest niezasadne. Weźmy jednak najpierw pod uwagę kwestie formalne: inne priorytety badawcze – Michalski koncentruje się tylko na XIX wieku, który nie jest głównym przedmiotem mojej analizy. Zgadzam się przy tym, że jest to dzieło bezkonkurencyjne dla problematyki etnogenezy w I połowie XIX wieku. Moja praca ma jednak znacznie szerszą rozpiętość chronologiczną. Mimo wszystko – wbrew zarzutom Recenzenta odnosiłem się do dzieła Michalskiego. I nieraz w sposób krytyczny, sprostowując m.in. błędne założenie Michalskiego, mówiące o tradycji badań etnogenetycznych wiodących rzekomo od Galla. Kronikarz ten nie odnosił się bowiem w ogóle do kwestii pochodzenia Polaków. W celu rozwiania wszelkich wątpliwości podaję odpowiednie cytaty z mojej książki:
„Niektórzy uczeni niestety nie ustrzegli się błędu. Maciej Michalski przedstawia Galla jako prekursora badań etnogenetycznych: „Począwszy od kroniki Anonima […] wszyscy autorzy […] zamieszczali we wstępnych częściach […] różnorodne koncepcje pochodzenia Słowian […] (por. M. Michalski, Dawni Słowianie w tradycji polskiej pierwszej połowy XIX wieku. W poszukiwaniu tożsamości wspólnotowej, Poznań 2013, s. 37). (Sarmaci i uczeni, s. 61).
„Uczony [Naruszewicz] zrywa całkowicie z genealogią biblijną i antenatem Assarmotem […] Zwraca na to uwagę [m.in.] Maciej Michalski” (Sarmaci i uczeni, s. 180).

Z przyczyn formalnych można odrzucić też zarzut nie uwzględnienia Jerzego Kolendo, choć de facto się na jego spuściznę powołuje, mając jednak przecież inne priorytety badawcze: „Pierwsze uroczyste obchody „powstania” Kalisza zorganizowano w 1960 roku (1800-lecie); o sześć lat poprzedziły one ogólnopaństwowe uroczystości milenijne. Nawet jeśli w okresie rzymskim istniała na tym terenie osada, leżąca na szlaku bursztynowym, to nie powinno się jej łączyć ze słowiańskimi grodami z IX wieku. Głównymi współczesnymi oponentami dawnych roszczeń są Aleksander Bursche i Jerzy Kolendo. Jednak wśród wielu uczonych, zwłaszcza specjalizujących się w genezie polskiej państwowości, nie brakuje zwolenników dawnej atrakcyjnej hipotezy” (Sarmaci i uczeni, s. 41).
Nieuzasadnione jest także implikowanie mi nieznajomości faktu, że Słowianie w źródłach pojawiają się późno. Wspominam o tym dość szczegółowo. Na dowód podam tylko fragment:
„Dopiero dzieło tzw. Pseudo-Cezariusza (przełom IV i V wieku) podaje informacje, które można bezspornie łączyć ze Słowianami. W V stuleciu, jeżeli wierzyć Priskosowi, ludy słowiańskie miały dotrzeć już na Nizinę Panońską. Z następnego stulecia, z dzieł Kasjodora i Jordanesa, pochodzą relacje o dwóch szczepach: Sklawinach i Antach. Pierwsze obfitsze wzmianki o Słowianach zawdzięczamy bizantyjskiemu historykowi Prokopiuszowi z Cezarei, żyjącemu w czasach Justyniana Wielkiego” (Sarmaci i uczeni, s. 190).
Jeżeli Recenzent stawiając zarzut ma tutaj na myśli tabele z aneksów mojej książki to powinien to uwzględnić w swojej krytyce. Śpieszę wyjaśnić, że tabela (aneks nr XIII), nota bene pierwsze takie zestawienie w literaturze pt. „Ewolucja poglądów na temat etnogenezy Słowian od antyku do XXI wieku” (Sarmaci i uczeni, s. 219-230) zestawia ludy, którymi uczeni w różnym okresie zasiedlali ziemie polskie. Oczywistym jest, że antyczni pisarze nie znali współczesnej nomenklatury nazewniczej. Zdanie świadczące o stawianiu równości między ludnością z okresu rzymskiego, a Słowianami jako takimi w mojej pracy nie pada. Jeśli idzie zaś o pytajniki przy Neurach i Budynach to wiąże się to z kwestią autorstwa konkretnych uczonych, a nie zasadnością utożsamiania przez nich ludów ze Słowianami. Jak już powiedziałem takiej nomenklatury uczeni ci zwyczajnie nie znali. I podążając tą logiką, w dalszym ciągu, począwszy od Pomponiusz Meli, którym przypisywanie wspominania danych ludów jest bardziej zasadne z tych pytajników rezygnuję. Nigdy nie pada natomiast kontekst słowiański. W rzeczonej tabeli ma to miejsce dopiero od Pseudo-Cezariusza (IV/V), obok którego umieściłem zgodną z obowiązującym kanonem wiedzy wzmiankę: „pierwsze informacje, które można bezspornie łączyć ze Słowianami” (s. 219)
]

Praca nie jest także wolna od innych niedoskonałości. Autor nie potrafi cytować źródeł internetowych (!), nie zdaje sobie sprawy, że pierwszeństwo każdorazowo mają źródła drukowane, nie zaś ich pozbawione aparatu naukowego wersje zamieszczone w Internecie, nie potrafi cytować źródeł antycznych, średniowiecznych i (niektórych) wczesnonowożytnych, każdorazowo posługując się numerem strony wykorzystanego wydania – są to tyleż poważne co zaskakujące błędy warsztatowe. Przemysław Urbańczyk dwukrotnie został niezbyt szczęśliwie wymieniony w zestawieniu z Januszem Bieszkiem i Piotrem Makuchem, co może byłoby nawet zabawne, gdyby nie było obraźliwe. Na koniec wreszcie często zdarzają się przypadki powoływania się na opracowania bez podania numeru strony, co skłania do przypuszczeń, że autor ich po prostu nie czytał.
[Kwestię przypisów bibliograficznych omawiałem we wstępie pracy: „W celu ukazania złożoności problematyki i bogactwa źródeł antycznych, średniowiecznych i nowożytnych, które wpłynęły na ukształtowanie się późniejszej koncepcji, wykorzystane zostały także inne dzieła historiograficzne, które zostaną przedstawione poniżej. Szczególnie istotne dla badań było sięgnięcie do pierwszych, historycznych wydań. Z powodu bardzo dużej rozpiętości chronologicznej oraz obfitości materiału źródłowego nie zawsze było to możliwe czy nawet było celowe. Ponadto wiele źródeł i opracowań jest słabo dostępnych na rynku polskim (na szczęście istnieje bogata baza źródłowa dostępna on-line). W związku z tym zastosowane zostało kryterium ważności. Im większe znaczenie dla rozwoju sarmackiej tezy (Miechowita, Kromer, Bielski itd.), tym większa dbałość autora o dostęp do najstarszych wydań wraz z uwzględnieniem kolejnych, historycznych edycji. Z tym jednak zastrzeżeniem, że w przypadku kronik pisanych w języku łacińskim wykorzystywane były najlepsze (czyli na ogół najnowsze) dostępne tłumaczenia. Niektóre fragmenty źródeł cytowane były również za uznanymi autorytetami, którzy opracowywali historiografię staropolską pod kątem interesującego nas zagadnienia” (Sarmaci i uczeni, s. 23).
System przypisów używany w mojej książce został zaś dostosowany do standardów występujących w Wydawnictwie Księgarnia Akademicka.
Uściślę jeszcze, że Przemysław Urbańczyk został wymieniony w zestawieniu z różnymi uczonymi oraz z publicystami zaś tytuł tego zestawienia brzmiał: „Ariowie-Sarmaci-Lechici. Pomiędzy limesem oficjalnej nauki a fantazmatem”. Jest to jeden z aneksów zwieńczających książkę, w zgodzie z tytułem analizujący różne stanowiska od poważnej nauki po miejscami pseudonaukową publicystykę.
Na temat ostatniego zdania sugerującego mało wnikliwą lekturę niektórych publikacji mogę jedynie odpowiedzieć, że ma ono charakter wyłącznie spekulatywny. Natomiast nierzetelna lektura autora Recenzji „Sarmatów i uczonych” wydaje się znacznie bardziej prawdopodobna, a jak widać nawet w pewnym sensie tutaj udokumentowana
]

Niewiele brakowało, a w ogóle nie przeczytałbym recenzowanej książki. Owo wahanie miało źródło w dwóch sformułowaniach zawartych w „Słowie od autora”, które kazały mi się poważnie zastanowić się nad jego kompetencjami historycznymi. Pierwsze z nich („pamiętajmy tragedię Ukrainy – niepokornej, zbuntowanej, rozszarpywanej między Wschód i Zachód, faktycznie po dziś dzień”) sugeruje, że autor nie wie, że państwo o nazwie „Ukraina” powstało w 1992 r., więc wspomniany przez niego brak pokory czy buntowniczość („po dziś dzień”) mogą odnosić się wyłącznie do historii najnowszej, w której kluczowe miejsce zajmuje antypolski resentyment (przeciwko komu ów „brak pokory”, jeśli nie przeciwko polskiej i rosyjskiej/radzieckiej władzy?). Nie jest to właściwe miejsce na pastwienie się nad dojrzałością polityczną ukraińskich polityków i ich wyborców, którzy ponoszą główną winę za stan, w jakim znalazło się ich państwo (nie zaś mityczne ścieranie się Wschodu z Zachodem), ale odnoszę nieodparte wrażenie, że autor myli państwo ukraińskie z ziemiami nazywanymi „Ukrainą”. Pomijam już nawet fakt, że pobrzmiewa w tym fragmencie utożsamianie współczesnych Ukraińców z Kozakami, na co ci drudzy mają od dawna wyrobione zdanie… Druga fraza („Z dawnych zaborców jedno państwo wciąż odwołuje się do absolutystycznej wizji rządów […], będąc zagrożeniem dla wolnych narodów Europy”) jest dowodem, że antyrosyjska paranoja dotknęła niestety część środowiska naukowego, a publicystyczna retoryka zastępuje analizę naukową. Nie chodzi w tym miejscu o to, jakie uczucia żywi się wobec Ukrainy i Rosji, bo w pracy naukowej nie ma to żadnego znaczenia, ponieważ jedynym dopuszczalnym wyznacznikiem jest rzetelność i dążenie do zachowania neutralności światopoglądowej, ale o bezrefleksyjne powtarzanie haseł politycznych i komiksową wizję świata. Nie tego oczekuję od książki o charakterze naukowym i uważam, że nie powinniśmy się godzić na przenikanie do prac historycznych tego rodzaju nacechowanej osobistymi emocjami publicystyki.
[W ripoście napiszę, że zastanawiałem się czy w ogóle odpowiadać na tak sformułowane w powyższym akapicie zarzuty. Wysnuwanie generalizujących wniosków na podstawie dwóch zdań jest przecież tyleż krzywdzące co niczym nieusprawiedliwione. Oczywistym jest, że świadomość ukraińska nie narodziła się w czasach sowieckich i istniała o wiele wcześniej. Rusińscy chłopi masowo popierali Kozaków, uczestnicząc w krwawych rzeziach polskiej czy żydowskiej ludności. Nie bez kozery to Chmielnicki jest bohaterem narodowym Ukrainy. Jakie ma znaczenie zresztą czy Kozacy utożsamiają się z Ukraińcami czy nie (nie wnikam już w zawiłości etniczne i to kogo Recenzent przez Kozaków dzisiaj rozumie)? To, że Polska szlachta separowała się od gminu, nie zmienia faktu, że współcześnie ci „Sarmaci” stanowią naszych genetycznych lub częściej symbolicznych antenatów. A przecież podobnie sama szlachta widziała historycznych Sarmatów, nawet jeżeli powiązania genealogiczne były mocno wątpliwe. Implikowanie pomówień o komiksową wizję, mitologizowanie Wschodu itp., w oparciu o wspominane dwa zdania, pominę milczeniem.
Najgorszy jest jednak fakt, że zarzucając mi brak neutralności politycznej, autor Recenzji wyraża jednocześnie własne sądy na temat Ukrainy czy Rosji, wikłając się sam w polityczne rozważania. Jest to dla mnie tym dziwniejsze, że kiedy pisałem moją książkę czy nawet „Słowo od autora” (nawiasem mówiąc pierwotna wersja rozprawy tego fragmentu nie zawierała) panował zupełnie inny klimat polityczny. Wówczas zaś nikt nie był tak przewrażliwiony domniemaną rusofobię czy rzekomymi anty-ukraińskimi resentymentami. I tak pozamerytorycznie już dodam, że w imię poprawności politycznej stwarza się rozmaite naukowe tabu, co niestety już odbiło się na poziomie takich dziedzin jak historia czy antropologia, o cenzurowaniu filmów, książek, usuwaniu pomników – jak to ma miejsce na południu USA nie wspominając
]

Zdaję sobie sprawę, że skupiłem się na negatywach, co może prowadzić do mylnego wrażenia, dotyczącego choćby objętościowego rozłożenia akcentów, zatem należy podkreślić, iż książka jest po prostu nierówna, zawierając obok wartościowych partii również takie, które wymagają ponownego napisania. Autor powinien skupić się na badaniu zjawiska sarmatyzmu, ponieważ w tej tematyce radzi sobie zdecydowanie lepiej i może nas w przyszłości uraczyć ciekawymi spostrzeżeniami. Przy okazji po raz kolejny okazało się, że pod względem interpretacyjnym historia starożytności jest najtrudniejsza i nie da się pisać o niej „z doskoku”, bo do całej gamy błędnych teorii można dodać jeszcze kilka własnych, nawet jeśli asekuracyjnie wyraża się je w mało zdecydowany sposób. Obawiam się jednak, że z czasem może się pojawić więcej samozwańczych ekspertów, lekceważących dorobek pokoleń badaczy starożytnych dziejów ziem polskich.
[Na sugestię Recenzenta skupienia się na badaniu zjawiska sarmatyzmu mogę jedynie postąpić podobnie – radząc mu skoncentrowanie się na historii starożytnej, w której jest niekwestionowanym specjalistą. Inna kwestia dotyczyć może uważnej analizy czyichś prac, gdyż autor Recenzji nie wystrzegł się wielu nieścisłości, nie uwzględniając istotnych fragmentów – co udokumentowałem powyżej. Nazywanie mnie natomiast samozwańczym ekspertem w zakresie historii starożytnych ziem polskich jest niczym nieusprawiedliwione i byłoby uzasadnione jedynie wówczas gdybym do takiej roli pretendował czy ją sobie uzurpował. Tego zaś przecież nigdzie nie czynię. W swojej analizie zaś w zgodzie z tytułem: „Sarmaci i uczeni. Spór o pochodzenie Polaków w historiografii doby staropolskiej” – koncentruję się na tych właśnie czasach. A dodam, że moje kompetencje w tym zakresie zdobywają przecież wyraźne uznanie autora Recenzji, nie budząc jego większych zastrzeżeń]

Kategorie wiekowe:
Wydawnictwo:
Format:
Wartość merytoryczna
Atrakcyjność treści
Poziom edytorski
OCENA
Książka Wojciecha Paszyńskiego, pomimo interesującej tematyki, rozczarowuje pod względem treści, gdyż autor nie ograniczył się wyłącznie do przedstawienia procesu kształtowania się wyobrażeń o sarmackim pochodzeniu Polaków, ale postanowił zabrać głos w kwestiach, które leżą poza jego zakresem wiedzy. W efekcie otrzymaliśmy pracę budzącą spory niedosyt, ale jednocześnie ukazującą potencjał tkwiący w badaniach historiograficznych.

Autor

(ur. 1985) historyk, doktor nauk humanistycznych (specjalizacja: historia starożytna), autor pięciu opracowań monograficznych oraz ponad trzydziestu artykułów naukowych i popularnonaukowych. Interesuje się przede wszystkim antyczną wojskowością, metodologią badań historyczno-wojskowych, antropologią ludów barbarzyńskich oraz mechanizmami kontroli społecznej.
Inline
Inline
Google+