Historia naturalna i moralna jedzenia

Historia naturalna i moralna jedzenia

Autor: Maguelonne Toussaint-Samat

  • Tłumaczenie: Anna Bożena Matusiak, Maria Ochab
    Konsultacja naukowa: BRAK!
    Tytuł oryginału: Histoire naturelle et morale de la nourriture
    Wydawnictwo: WAB
    Data wydania: 2015
    ISBN: 978-83-280-2039-9
  • Wydanie: papierowe
    Oprawa: miękka
    Liczba stron: 672
Łatwiej zrozumieć epokowe zdarzenia, wiedząc, że Luter gorszył się zjadaniem masła w Wielki Post, a Ludwik XV nie mógł przełknąć kawioru od cara Piotra I. Kolejne epoki w rozwoju ludzkości niosły nowe sposoby żywienia, a za nimi szły nowe wynalazki, profesje, instytucje i mity. Autorka łączy w tej książce dzieje samych produktów z „moralną” historią pożywienia, opowiadając smakowicie o zwyczajach, symbolach czy faktach historycznych związanych z pokarmami. fragment recenzji prof. Bogdana Szlachty

Dla mnie ta książka jest kontrowersyjna. Kontrowersyjna, ponieważ uważam, że należałoby połowę jej objętości odciąć i wyrzucić na makulaturę, a resztę zachować i może nawet z przyjemnością studiować. Licząca bez mała 700 stron praca, przez pierwsze trzysta stron oferuje czytelnikowi nieustającą (i wzrastającą) irytację, zdumienie, niezgodę na przekazywane treści i nieodpartą niemal pokusę linczu (książki oczywiście). Już sam wstęp budzi obawy, że dalsza część pracy jest tylko dowodem na z góry założoną tezę. Brzmienie przedstawionych treści jest co prawda bardzo atrakcyjne, ale niezwykle nonszalanckie choćby z biologicznej czy ewolucyjnej perspektywy. Wiele domniemań podanych jest tu w formie pewników, co nieprzygotowanego czytelnika uposaża w błędny obraz aktualnego stanu wiedzy o przeszłości. Dalej niestety jest już tylko gorzej.

Datowania archeologiczne są niepoprawne i niepoprawnie zapisywane (np. s. 10, 93), pomijane są fakty dobrze znane i w kontekście książki ważne (np. odkrycie paleolitycznej ceramiki w jaskini Klisoura, s.16). Pojawiają się liczne kuriozalne sformułowania, które w zasadzie nie wiadomo, co mają znaczyć:

– w południowej Brazylii umiejętność wytwarzania miodu pitnego ma wedle Autorki „pochodzić z czasów poprzedzających jakąkolwiek wytwórczość” (s.35);

– „w Meksyku, w grocie Tamaulipas, inni jaskiniowcy” (s.40) – Tamaulipas to stan w Meksyku i pasmo górskie, a nie „grota”. Słowo „jaskiniowcy” jest odpowiednie do kreskówek, a nie pracy popularnonaukowej (pomijam tu fakt, że wspominana w tym konkretnym fragmencie ludność akurat jaskiń nie zamieszkiwała);

– „paleolityczne osady” zbieraczy soi (s.52);

– teoria neolityzacji przedstawiona na s.62 oraz 127 (i następnych) jest, najdelikatniej mówiąc, wątpliwa i nijak się ma do dzisiejszego stanu wiedzy;

– „ciosane krzemienie typu prehellenistycznego” (s.74);

– pojęcie „Sinanthropus” od dawna nie funkcjonuje w nauce, zastąpione przez Homo erectus (s.75).

Rażące i nieodosobnione są błędy merytoryczne:

– w Meksyku nie występuje bób (Vicia faba) tylko fasola (Phaseolus vulgaris) (s.40);

– kuriozalna i nieprawdziwa jest definicja zboża (s.50): „rośliny, których zmielone ziarna służą jako pokarm”. Rozumiem, że stwierdzenie to potrzebne było do dalszego potoczystego wywodu, jednak „wedle słowników” (to cytat): „zboża to rośliny uprawne z rodziny wiechlinowatych (traw, Poaceae)” albo „uprawiane ze względu na ziarno”, owoce czyli ziarniaki;

– to bulwy, a nie korzenie (s.61) gromadzą zapasy rośliny;

– liczne dowody świadczą, że psy w prehistorii jednak jedzono, nieprawdą jest zatem stwierdzenie ze stron 76 i 87;

– mija się również z rzeczywistością twierdzenie, że łosie w Europie zostały wytępione, czy wyginęły w XVIII wieku (ostatni miałby być zabity na Śląsku, s.80). Dane te mogą dotyczyć być może Europy Zachodniej, ale w Polsce i innych krajach na wschód i północ od Odry zwierzęta te występują naturalnie do dziś;

– Autorka nazywa „łowców zbieraczy z paleolitu dolnego” „ludźmi z Crô-Magnon” (s.93), przypisując im hodowanie gazeli i danieli na pustyni Negew 30 tys. lat temu i na dodatek określając tę ostatnią mianem „północnego Synaju”. Każde z tych stwierdzeń jest nieprawdą: człowiek z Crô-Magnon (czyli wczesny Homo sapiens) to górny paleolit; gazeli i danieli w ogóle nie udomawiano, bo zwierzęta te do tego się nie nadają, a Negew jest płaskowyżem w Izraelu, nie częścią Synaju;

– z geografią w ogóle jest w książce źle, bo wedle Autorki Mołdawia jest częścią Ukrainy (s.94);

– a zamek Montreal (Shawbak) leży w Syrii (s.500), choć faktycznie znajduje się na terenie tzw. Transjordanii;

– informacje o udomowieniu tura (s.94) są bałamutne. Najwcześniej udomowiono go w dolinie Eufratu i Tygrysu, a w Europie w Tessalii, nie zaś, jak stoi w książce „w Macedonii, na Krecie i w Anatolii” (zob. też niżej na temat przekładu);

– na stronie 96 znajdujemy stwierdzenie: „ datowane na XXII tysiąclecie (karbon)”. Niewiedza Tłumaczek, czy kolejny kuriozalny błąd Autorki? Być może chodzi tu o datowania radiowęglowe;

– „Karnawał był krótką przerwą w abstynencji, wypadał w połowie Wielkiego Postu” (s.105) – może Autorce chodziło o dzień Św. Józefa? Niemniej taki opis karnawału jest dość dziwaczny;

– obsydianu nie stosowano do wyrobu naczyń ani pieczęci (s.132);

– less nie jest „żyznym namułem dolin rzecznych” (s.135 i 158) tylko osadem eolicznym;

– a ogórka (Cucumis sp.) nie udomowiono w Amerykach (s.592) tylko w Eurazji.

Mniej fałszywe, ale jednak bardzo wątpliwe jest też między innymi twierdzenie o niezwykłej pożywności grzybów (s.56), co warto skonfrontować choćby z obecną już na tych łamach książką „Tajemnicze życie grzybów”. Ciekawe swoją drogą, że w omawianej pracy, w rozdziale poświęconym grzybom, nie ma nawet słowa o grzybach halucynogennych, choć o innych substancjach tego typu jest mowa. Może to jednak nie jest takie dziwne skoro, jak można domniemywać z treści tego fragmentu, dla Autorki w zasadzie istnieją jedynie pieczarki. Wątpliwych, przekłamanych i nonszalancko potraktowanych kwestii jest zresztą w książce więcej. Należą do nich na przykład problem prekolumbijskich kontaktów afrykańsko-amerykańsko-polinezyjskich (s.63-64), tematyka najstarszego malarstwa jaskiniowego (s.71-72 – nie były bowiem jego tematyką zwierzęta „łowne”), czy określenie „gatunki ryżu” (s.159 – raczej chodzi o odmiany lub rodzaje). Bardzo romantyczna, ale równie nieprawdziwa jest wizja udomowienia kukurydzy, co zresztą nie miało miejsca w Andach (s.170 i n.) tylko w Mezoameryce. Nieliczne wzmianki o najważniejszym napoju Ameryki Południowej – chichy, są przekłamane, choćby fakt, że się jej nie destyluje (s.202).

Mnóstwo znajdziemy tu pojęć rodem z dziewiętnastowiecznej etnografii (np. plemię „Matako, które żyje nadal w epoce kamiennej” s. 34; „stadium paleolitu i neolitu” s.56; i podobne). Nie chodzi bynajmniej o tzw. „poprawność polityczną”, a bardziej o rażącą z perspektywy dzisiejszej wiedzy niepoprawność naukową takich sformułowań. Nie sposób przytoczyć wszystkich naiwnych lub protekcjonalnie potraktowanych wyjaśnień różnych tradycji i zwyczajów. Niejeden antropolog „połamał sobie zęby” na próbach wyjaśnienia pewnych zachowań kulturowych, które Autorka z nonszalancją i ignorancją komentuje w jednym zdaniu, traktując zresztą praktykujących je ludzi z ledwo skrywaną wyższością „człowieka cywilizowanego”.

W polskim tłumaczeniu zwielokrotniono niestety usterki tego tekstu. Nie pokuszono się na przykład o ułatwienie lektury przez podanie bardziej znanych nazw – choćby „tureckiego grochu” (s.52), który jest po prostu cieciorką, turecką cieciorką, albo ciecierzycą. Roślina ta funkcjonuje zresztą w polskim nazewnictwie raczej jako „włoski groch”, co tradycyjnie (aczkolwiek niezupełnie poprawnie) łączy się z „działalnością” Bony Sforzy. W innych miejscach książki Tłumaczki, delikatnie mówiąc, też nie „popisały się” znajomością rzeczy. W archeologii i antropologii nie mówi się bowiem o – specyficznej dla niektórych społeczności tropikalnych i subtropikalnych uprawie – „warzywnictwo” (s.62), tylko ogrodownictwo lub hortikultura. Co najmniej zastanawiające jest sformułowanie „wybrzeża palestyńskie Zatoki Bengalskiej”, zwłaszcza że pada w kontekście udomowienia cebuli i Chaldejczyków (s.67) – błąd oryginału, czy tłumaczenia? Potem zresztą dowiadujemy się, że Holendrzy w Ameryce Południowej zostali „wypędzeni na Gujanę” (s.418). Ponadto nie używa się w polskiej archeologii pojęcia „epoka kamienia ciosanego” (s.73) ani „schron pod skałą” (s.133). Również pojęcie „troglodyta” nie jest w polskiej terminologii naukowej dopuszczalne (s.93). Bydło to po łacinie Bos primigenius a nie B. primogenius (s.94), ponadto nie chodzi w tym fragmencie o „wołu” tylko o tura i bydło. Barany (i owce) tłustopośladkowe mają przy ogonie złogi tłuszczu nazywane kurdiukiem, a nie „wyrostkiem” (s.97), ziarno trawy tkwi w plewce, a nie w „wątłej osadce” (s.128), a kwiat ma pąki, a nie „pęki” (s.474). Używanie kamiennych narzędzi do ścinania zbóż pozostawia na nich tzw. wyświecenie żniwne, a nie „połysk zbóż” (s.132). Tajemnicze są też „gniotowniki” pojawiające się kilka linijek niżej (s.132). Być może chodzi tu o żarna lub podstawki rozcieraczy? Wszystkie te błędy równie fatalnie świadczą nie tylko o pracy Tłumaczek, ale też Redaktorki i Korektorek. Rzucają się w oczy także nieścisłości metryczne np. miary korca: na s.137 liczy on 20 l, zaś na s.140 – 36 l. Za spore niedociągnięcie należy również uznać pozostawianie nieprzetłumaczonych nazw i cytatów (np. s. 115, 121, 185), co w pracy popularnej nie powinno mieć miejsca.

Polskiego czytelnika zawsze boli pomijanie faktów z naszych obszarów w tego typu przekrojowych pracach. Autorka Historii naturalnej i moralnej jedzenia, wydaje się zaś nie mieć pojęcia o dziejach jedzenia na terenach Europy Środkowej, a szczególnie w Polsce. Jej perspektywa jest wybitnie francuska i to o bardzo zawężonym horyzoncie. Wedle tekstu książki wszystkie typy ciast, za wyjątkiem baby, powstały w Europie Zachodniej. Sporadycznie w swojej pracy wspomina jedynie Rosję i ewentualnie obszar bałkański. W kontekście miodu, miodu pitnego czy pierogów (np. s. 28, 36, 196) nie ma śladu polskich tradycji, za to o kumysie pisze, że choć pochodzi z Azji, jest to wyrób środkowoeuropejski (s.121). Może trudno się temu wszystkiemu dziwić, skoro Autorka wprost przeciwstawia zachodnie „kraje rozwinięte” Europie Środkowej (s.85-86) w domyśle „dzikiej” (fragment ten dotyczy bowiem dostarczania dziczyzny na stoły „cywilizowanych Europejczyków”).

Podkreślam, że powyższe zastrzeżenia są tylko wyborem, nie zaś kompletnym katalogiem uchybień. Z tych właśnie powodów w drugą połowę Historii naturalnej i moralnej jedzenia wkraczamy z wielkim napięciem i tym większa jest nasza ulga. Kolejne strony przynoszą bowiem dowody, że Autorka dysponuje merytoryczną wiedzą i umiejętnością jej dobrego przekazania. Nie sposób jednak pozbyć się nabytej w części pierwszej wątpliwości, co do rzetelności wszystkich przekazywanych informacji. Słowotok fałszywych i prawdziwych informacji kontynuuje się, czasem i tu objawiając się dramatycznymi błędami (np. o zlodowaceniach s. 347).

Lekturze tej pracy przeszkadza też zmienna w wielkości, ale zasadniczo bardzo mikra czcionka. Poważnie doskwiera także zupełny brak ilustracji. Dodatkowo nie ustrzeżono się błędów literowych, interpunkcyjnych i stylistycznych, pomimo, że czytałem drugie już polskie wydanie niniejszej pracy. Usterki można jak widać ułożyć w całkiem obszerny katalog. Zupełnie subiektywnym wrażeniem jest znużenie obszernością tej książki. Jak wspomniałem czytelnika, który przebrnie przez część pierwszą, czeka pewna ulga. Ponieważ jednak dalszy tekst czyta się z brzemieniem niepewności, czy aby nie zawiera błędów i nadużyć podobnych do tych wcześniejszych, nie mam pewności czy warto polecać tę książkę. Nie rozumiem zachwytów nią, choć oczywiście każdy ma absolutne prawo do własnej oceny. Ja nie czytałem jej z przyjemnością.

Podsumowując stwierdzę, że zdecydowanie odradzam lekturę pierwszych 300 stron. Oszczędzi się w ten sposób i czas i nerwy. Nie wiem tylko, co uczynić z tą niepotrzebną objętością? U mnie na półce jeszcze stoi, ale w gruncie rzeczy tylko zajmuje miejsce. Uważam, że zła książka naukowa po prostu sama przepadnie, jednak zła książka popularnonaukowa to przestępstwo.

Kategorie wiekowe:
Wydawnictwo:
Wartość merytoryczna
Atrakcyjność treści
Poziom edytorski
OCENA
Niezbyt udana pozycja... Szczególnie odradzamy lekturę pierwszych 300 stron. Oszczędzi się w ten sposób i czas i nerwy...

Autor

archeolog latynoamerykanista, geolog, alpinista
Inline
Inline
Google+