Głębia. Freediving, zbuntowani badacze i co ocean mówi o nas samych

Głębia. Freediving, zbuntowani badacze i co ocean mówi o nas samych

Autor: James Nestor

  • Tytuł oryginału: Deep: Freediving, Renegade Science, and What the Ocean Tells Us about Ourselves
    Wydawnictwo: Sine Qua Non
    Data wydania: 2017
    ISBN: 9788365836007
  • Wydanie: papierowe
    Oprawa: miękka
    Liczba stron: 360
Nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył: pewien człowiek zanurkował na jednym oddechu na głębokość 93 metrów, po czym wrócił po czterech minutach na powierzchnię cały i zdrowy. James Nestor nie miał pojęcia, czym jest freediving. Ale wiedział już, że musi zbadać sekrety tej fascynującej dyscypliny sportu.

Właśnie tak powstała „Głębia”, książka o tajemnicach oceanu i absolutnych granicach ludzkiego organizmu. O płucach zmniejszających się do wielkości piłeczki baseballowej. O sercu, które bije wolniej niż u osoby w śpiączce. O ludziach, którzy wstrzymują oddech na ponad pięć minut. I o wielorybach, które rozmawiają z innymi wielorybami oddalonymi o setki kilometrów.z opisu wydawcy

Gdyby „Głębia” miała tylko 289 stron, ta recenzja wyglądałaby inaczej. Opisałaby treść, wady, zalety, wartość merytoryczną i osobiste wrażenie. Ale niestety, książka Jamesa Nestora liczy sobie nieco ponad 300 stron…

Zacznijmy od tego, że „Głębia” jest książką napisaną pod wpływem fascynacji freedivingiem, czyli nurkowaniem swobodnym na wstrzymanym wdechu (bez akwalungu). Pewnego dnia James Nestor – dziennikarz pisujący w takich czasopismach jak Outside magazine czy Men’s Journal zostaje wysłany przez swojego wydawcę na rozgrywki mistrzostw we freedivingu, o którym nie ma zielonego pojęcia. Na miejscu przekonuje się, że nurkowanie swobodne, które polega na wstrzymaniu oddechu na jak najdłużej i zejście pod wodę na jak największą głębokość to wymagająca i bardzo niebezpieczna dyscyplina. Z jednej strony, Nestor dowiaduje się, że przypadki zgonów podczas profesjonalnych zawodów praktycznie się nie zdarzają i jeśli zawodnik zna swoje granice i ma wiedzę, nie stanie mu się nic nieodwracalnego. Z drugiej strony jednak, dziennikarz na własne oczy widzi, jak podczas zawodów kolejnym nurkom zdarzają się epizody omdleń, jak po wynurzeniu kaszlą krwią, a część z nich jest w tak złym stanie, że zostaje natychmiast zabrana do szpitala.

To pierwsze zetknięcie z freedivingiem przeraża Nestora, ale też w jakiś sposób go pociąga. Ten pociąg stał się właśnie tematem jego książki, w której stara się wytłumaczyć, na czym polega fenomen swobodnego nurkowania, dlaczego coraz więcej nurków ryzykuje własnym życiem i decyduje się pobić kolejny rekord. Autor próbuje też wskazać, czym różniła się pierwotna idea freedivingu, a czym stał się obecnie. „Głębia” jest zatem, zarazem przewodnikiem przez poszczególne dyscypliny swobodnego nurkowania, jak i dziennikiem podróży autora. To podróż zarówno symboliczna – w głąb oceanu (Nestor stopniowo wprowadza czytelników w tajniki podwodnego życia, schodząc w swojej opowieści coraz głębiej), jak i dosłowna, bowiem autor postanowił na własnej skórze przekonać się, czym jest freediving i od podstaw nauczyć się zasad wstrzymywania oddechu, trenował pod okiem specjalistów, a następnie sam kilkukrotnie spróbował zanurzenia.

Już na tym etapie trzeba przyznać, że „Głębia” nie daje się łatwo zaklasyfikować. Z całą pewnością nie jest to typowa pozycja popularnonaukowa. Dowiadujemy się wprawdzie wiele na temat nurkowania, poznajemy pewne podstawy (podkreślam – podstawy) biologii morza, fizjologii zanurzenia i fizyki głębi, ale wszystko to jest tak silnie przesiane przez sito subiektywizmu autora, że trudno tu mówić o rzeczywistych walorach merytorycznych. Trzeba jednak od razu dodać, że „Głębia” jest rewelacyjnie napisana – lekkim językiem. Czyta się ją jak kryminał. Mimo, iż w wielu miejscach odczuwałam irytację (z jakiego powodu – zaraz wyjaśnię), czytałam dalej i książka bardzo mnie wciągnęła.

Nestor sprawnie prowadzi narracje i wskazuje, że freediving – choć ma wiele subdyscyplin – dzieli się zasadniczo na dwie kategorie. Pierwsza z nich to typowy sport. Chodzi w nim o bicie kolejnych rekordów, o ekstremalne przełamywanie fizjologicznych barier organizmu, o to, żeby coś zaliczyć, zrobić lepiej, szybciej, głębiej. Druga dziedzina swobodnego nurkowania czerpie garściami z jego genezy. Polega ona na kontakcie z oceanem, na odkryciu jego tajników (przynajmniej maleńkiej cząstki) bez skomplikowanego sprzętu, z jak najmniejszą ilością wyposażenia i głową jak najbardziej pustą, bez natłoku myśli. Nestor prowadzi przez ten sposób nurkowania, pokazując, jak on sam wielokrotnie potknął się, nie dał rady, ale nadal próbował, ponieważ głębia i jej sekrety w niezwykły sposób przyciągały go do siebie.

Powyższe zagadnienia zostały opisane z sercem i energią; bardzo subiektywnie, ale na tym etapie nie jest to wada książki. Przeciwnie – osobiste przeżycia autora są tu cennym atutem. Niestety, pod względem naukowym „Głębi” można sporo zarzucić.

Podstawowe fakty dotyczące fizjologii nurkowania czy biologii morza są bez zarzutów. Problem jednak zaczyna się wtedy, gdy Nestor chwyta się za kwestie typowo naukowe. Musicie wiedzieć, że z życiem morza, a zwłaszcza z funkcjonowaniem waleni jest współcześnie trochę tak, jak z tematyką mikrobiomu. Trzeba być bardzo czujnym, bo możecie jedną nogą stać na solidnym gruncie podstaw naukowych, a drugą niepostrzeżenie wkraczać na terytoria, na których wcale nie powinniście być (pseudonauka, New Age, trzecie oko, trzeci mózg, energia kosmosu, psychologia kwantowa itp.). Nie wiecie, o co mi chodzi? Już tłumaczę.

Skupię się na samych waleniach, w tym przede wszystkim na delfinach. Zwierzęta te są nie tylko niezwykle inteligentne, ale też mamy liczne dowody na to, że potrafią się ze sobą w bardzo złożony sposób komunikować. Jednakże, odmienność zmysłów waleni i środowiska w jakim żyją sprawia, iż język tych zwierząt, ich zachowania i zwyczaje są dla nas bardzo tajemnicze. Już niejeden badacz tych zwierząt przekroczył cienką granicę i popadł w swego rodzaju obłęd badawczy, pracując nad bezpośrednim tłumaczeniem rzekomych delfinich słów na język ludzki, albo wchodząc z nimi w relacje… o charakterze seksualnym. Tak się stało na przykład w przypadku Margaret Howe Lovatt, która pracowała z delfinem Peterem, próbując nauczyć go języka angielskiego. Peter był dorosłym samcem i często odczuwał pobudzenie seksualne, które – jeśli niezaspokojone – nie pozwalało mu się skupić na nauce. Dlatego początkowo niechętna Lovatt, w końcu poddała się i obejmowała penis delfina dłonią, czekając, aż ten przestanie czuć pobudzenie i powróci do nauki[1]. Jeżeli poczytacie w Internecie co nieco o waleniach to z jednej strony możecie się natknąć na rzetelne strony instytutów badawczych, a z drugiej, na jarzeniowe witryny dowodzące, że pływanie z delfinami to duchowe doznanie, które wyleczy z autyzmu, astmy i raka.

Wszystko to wyraźnie wskazuje, że badanie oceanów, a w szczególności istot w nich żyjących wymaga racjonalnego, naukowego podejścia. Nestor w swojej książce z jednej strony przystaje na to, ale z drugiej strony pisze rzeczy, od których jeży się włos na głowie. Sugeruje między innymi, że nauka reprezentowana przez instytuty badawcze i uniwersytety jest prawdopodobnie zbyt powolna i zbiurokratyzowana, by poznać tajniki głębinowych stworzeń. Natomiast badacze-amatorzy, ze sprzętem do rejestrowania własnej roboty to właśnie ci, którzy nawiązują z oceanem prawdziwy kontakt. O jednym z takich badaczy, Nestor pisze: „Schnöller otrzepuje się z krytyki, mówiąc, że to normalna reakcja naukowców i utrzymując, że większość badaczy nie rozumie jego projektu, a nawet ci, którzy rozumieją, uważają go za nienaukowy. Ale nikt nie może zaprzeczyć, że freedivingowe podejście Schnöllera przynosi efekty.” [s. 250]

W książce jest też sporo małych, ale jednak błędów merytorycznych. Na przykład…

„Skład chemiczny ludzkiej krwi jest zaskakująco podobny do wody morskiej.” [s. 12] Przydałyby się jakieś argumenty i powołania na publikacje, bo mnie się jednak wydaje, że woda morska ma całkowicie odmienny skład od krwi, z całym jej dobrodziejstwem albumin, hemoglobiny, leukocytów itp.

„To właśnie więź występująca między oceanem a nami, między nami a morskimi stworzeniami, których DNA jest bardzo podobne do naszego, wciągała mnie coraz głębiej i głębiej.” [s. 13] O jakich stworzeniach tu mowa? Szkarłupniach? Rekinach? Czy o fitoplanktonie? Ze stworzeniami morskimi nie dzielimy wcale więcej genów, niż z lądowymi (na przykład, z szympansami). Natomiast, DNA samo w sobie jest generalnie związkiem bardzo podobnym, a nawet takim samym u wszystkich zwierząt.

„Na tak dużej głębokości krew wysyca ściany komórkowe narządów…” [s. 44] Komórki człowieka (i innych zwierząt) nie mają ścian, tylko błony komórkowe. Natomiast ani ściany komórkowe, ani błony komórkowe nie mogą być wysycane krwią.

„Sama myśl, że ptaki, zwierzęta, czy jakiekolwiek inne stworzenia…” [s. 89] Ptaki to też zwierzęta. 😊

„Dopiero nagranie delfinów i przepuszczenie dźwięków przez spektrogram pozwoliło naukowcom odkryć, że delfiny komunikują się na tak wysokich częstotliwościach. Kiedy uzyskali wykresy, fale dźwiękowe odpowiadające gwizdom i kliknięciom wyglądały jak prymitywne hieroglify.” [s. 152] Uwaga, bardzo, ale to bardzo grząski grunt. Sugerowanie, że język delfinów ma coś wspólnego z hieroglifami lub z jakimkolwiek językiem zapisywanym w formie znaków to pierwszy krok w stronę pseudonauki.

Podczas nurkowania w pobliżu wielorybów: „musisz wysłać teraz właściwy sygnał. Potrafią wyczuć twoje zamiary.” [s. 247] Na chwilę obecną brak dowodów na to, by walenie były w stanie wyczuwać sygnały myślowe i zamiary ludzi.

„Zwierzęta jedzą drzewa i rośliny”. [s. 279] Drzewa to też rośliny. 😊

Było tu też kilka niepopartych badaniami wzmianek dotyczących praktyk freediverów – w szczególności ich praktyk dietetycznych, na przykład:

„Nabiał, wyjaśnia, może zatykać zatoki i utrudniać w ten sposób wyrównywanie ciśnienia na głębokości” [s. 174]. Obecny stan wiedzy nie wskazuje, by istniała jakakolwiek korelacja pomiędzy spożyciem nabiału a „zatkanymi” zatokami.

„Przestrzegała wegańskiej diety z surowych produktów – zero pszenicy, zero cukru i zero alkoholu – żeby podwyższyć poziom tlenu zmagazynowanego we krwi i ograniczyć nadmiar flegmy, która utrudniałaby szybkie wyrównywanie ciśnienia na głębokości” [s. 218]. Nie znam żadnej publikacji, która potwierdziłaby, że unikanie pszenicy, cukru i alkoholu pozwala zmagazynować tlen we krwi, a także ograniczyć produkcję wydzieliny dróg oddechowych, czyli flegmy. Jeśli autor zna wyniki takich badań, to na pewno warto byłoby je zacytować w książce.

Na tym w zasadzie mogłabym skończyć tę recenzję, gdyby nie felerna, wspomniana już strona 289. Przez niemal trzysta wcześniejszych stron James Nestor tłumaczy, jak ważna jest więź z oceanem, jak bardzo stworzenia morskie potrzebują naszej ochrony i konkretnych działań, które uchronią je przed wyginięciem; wskazuje, jak wiele mamy wspólnego z tym wodnym środowiskiem i jak to powinniśmy walczyć o to, by następne pokolenia mogły podziwiać jego bogactwo i różnorodność. I nagle na 289 stronie opisuje, jak wkłada do plastikowego (!!!) pojemniczka po kremie elektronicznie zapisaną wersję swojej książki i wyrzuca je do Oceanu Atlantyckiego, na wysokości Rowu Portorykańskiego. Czyni to rzekomo dlatego, iż chce pozostawić po sobie jakąś pamiątkę, chce w ten sposób mentalnie dotrzeć tam (do głębin), gdzie nie był w stanie dotrzeć fizycznie. Muszę przyznać, że nie mogłam uwierzyć w to, co czytam. Sam czyn ma oczywiście miniaturową skalę i jest niczym w porównaniu z tonami plastiku, którymi jako ludzkość zarzucamy oceany. Ale ten gest miał mieć charakter symboliczny i stąd moje oburzenie. Jak można napisać całkiem zgrabną książkę dotyczącą więzi z oceanem i koniecznością jego ochrony, a następnie popełnić czyn tak nierozważny, będący wręcz kwintesencją naszej ludzkiej lekkomyślności.

Bakterie chemosyntetyzujące, które być może żyją na dnie, gdzie opadło plastikowe opakowanie Nestora prawdopodobnie nie docenią tej pamiątki. A sam gest – gdyby został powielony przez wszystkich czytelników tego międzynarodowego bestsellera, stałby się chyba największym absurdem tego dziesięciolecia. To tak, jakbyśmy chcieli napisać książkę o ochronie Puszczy Białowieskiej, a pod koniec wyryli na pniu jednego z najstarszych drzew napis: „Siwy tu był”. Czyn sam w sobie może nie wyrządzi wielkiej szkody, ale jest tak bardzo naganny, że aż niesmaczny.

Być może po przeczytaniu tej recenzji odnosicie wrażenie, iż „Głębia” mi się nie podobała i że nie polecam tej pozycji. Jednak to nieprawda. Jak już wspomniałam, książkę czyta się rewelacyjnie, ale nie do końca jako publikację popularnonaukową. Jeśli macie ochotę na coś pomiędzy reportażem, książką podróżniczą a felietonem, to trafiliście pod właściwy adres. Wbrew tym wszystkim błędom, które wytknęłam powyżej, „Głębia” ma do zaoferowania sporo wiedzy, ale głównie na temat samego freedivingu oraz freediverów. Jeśli chcecie się dowiedzieć czegoś na temat fenomenu tej dyscypliny – przeczytajcie książkę Jamesa Nestora. Bądźcie tylko uważni, ponieważ poza obszarem nurkowania autor wykazuje w kilku miejscach nadmierną swobodę w interpretowaniu faktów naukowych.

[1] Krótki materiał BBC na ten temat: https://www.youtube.com/watch?time_continue=98&v=31AWe-FN7CA

Kategorie wiekowe: ,
Wydawnictwo:
Wartość merytoryczna
Atrakcyjność treści
Poziom edytorski
OCENA
Interesująca, ale niepozbawiona błędów i pseudonaukowych tropów książka o freedivingu i fascynacji głębinami mórz i oceanów.

Autor

Pisarz. Lekarz weterynarii. Nałogowa kolekcjonerka opowieści i kofeinistka.
Inline
Inline
Google+