Gdzie jest lodziarz?

Gdzie jest lodziarz?

Autorka: Zuzanna Fruba

  • Wydawnictwo: Nisza
    Data wydania: 2018
    ISBN: 26099866
  • Wydanie: papierowe
    Oprawa: twarda
    Liczba stron: 42
Co roku wraz nadejściem wiosny w parku pojawiała się furgonetka lodziarza. Dobrze znaną melodyjką kusiła i wzywał dzieci i dorosłych. Wszyscy porzucali swoje zajęcia i pędzili na lody. Jednak tej wiosny lodziarz nie przyjechał… Temperatura rośnie nie tylko za oknem. W parku gromadzi się coraz większy tłum. Słychać przeróżne domysły. Co się stało z lodziarzem?z opisu wydawcy

Może znacie taki popularny obrazek: przedstawia on ustawionych w rzędzie: ptaka, małpę, pingwina, słonia, rybę, fokę i psa. Przed nimi zasiada nauczyciel i mówi: „aby ocena była sprawiedliwa, każdy musi wykonać to samo zadanie. Proszę wspiąć się na drzewo.” Karykatura ta ma dotyczyć niesprawiedliwości systemu edukacji, ale przypomniała mi się kiedy zabierałam się za tę recenzję. Wśród książek, jakie otrzymałam do zrecenzowania znalazła się bowiem pozycja napisana i zilustrowana przez Zuzannę Frubę pt. „Gdzie jest lodziarz?”. Skąd moje skojarzenie ze wspomnianym obrazkiem? Otóż, Mądre Książki to serwis poświęcony książkom popularnonaukowym. To znaczy, że przede mną, jako recenzentem stawiane są konkretne wymagania i muszę ocenić każdą publikację zgodnie z przyjętymi kryteriami. Mówiąc językiem zaczerpniętym z karykatury: ja mam ocenić, jak wskazane pozycje „wspinają się na drzewa”. Dlatego nawet jeśli jakaś książka ma liczne walory, ale nie należy do kategorii pozycji popularnonaukowych, muszę ją ocenić słabo, ponieważ zależy nam nie tylko na pozycjach atrakcyjnych, ale też (przede wszystkim?) takich, które poszerzają wiedzę czytelnika na dany temat, prezentują wysoki poziom merytoryczny. Prawdopodobnie na podstawie tego przydługiego wstępu sami już domyśliliście się, że „Gdzie jest lodziarz?” nie należy do książek popularnonaukowych i z tego powodu ma nikłe szanse na zyskanie wysokiej oceny w kategorii literackiego „wspinania się na drzewa”.

Jeśli miałabym w jakiś sposób sklasyfikować tę pozycję, to powiedziałabym, że „Gdzie jest lodziarz?” to książka artystyczna. Prezentuje niebanalne grafiki i utrzymana jest w stonowanej kolorystyce. Jej króciutka treść dotyczy tytułowego lodziarza, który zaginął, zaś wierszyk, jaki ciągnie się od pierwszej do ostatniej strony ujawnia kulisy poszukiwań, przypuszczeń i działań społecznych podejmowanych w związku z brakiem persony będącej istotnym elementem letniego krajobrazu. Książka ta kierowana jest więc do dzieci, ale muszę przyznać, że mam duże trudności z określeniem dokładnej wiekowej grupy docelowej. Z jednej bowiem strony mamy tutaj formę rymowaną z krótkimi zwrotkami i niewielką ilością tekstu na stronie (cechy typowe dla książek przeznaczonych dla najmłodszych). Z drugiej jednak strony – treść tej rymowanki może być „za dorosła” dla kilkulatka. Przykłady:

„Melba w kajaku marzy się tacie,
Mama mnie kocyk krata po kracie,
Wciąż nasłuchują: gdzie jest gelato?”

Oczywiście, celem literatury dziecięcej jest między innymi poszerzanie słownictwa młodych czytelników, ale znawcy tematu podkreślają, iż jednym z najważniejszych kryteriów, w jakich należy oceniać książki dziecięce jest adresowanie jej do dziecka w taki sposób, by nie zawierała ona kontekstów lub fragmentów zrozumiałych wyłącznie dla dorosłych.[1] Trudno mi tutaj wyobrazić sobie idealną grupę docelową, ale to nie jest kwestia najważniejsza; dużo istotniejszym kryterium, jakim posługujemy się w Mądrych Książkach jest wartość merytoryczna. Jak wspomniałam, „Gdzie jest lodziarz?” po prostu nie startuje w swojej kategorii. Nie przedstawia więc dziecku istotnej wiedzy na temat takich naukowych dziedzin, jak biologia, chemia czy fizyka. Nie prezentuje również wiedzy z nauk humanistycznych, jak filozofia czy społecznych, jak socjologia. Gdybyśmy uznali ją za książkę o sztuce, również ciężko byłoby nam ocenić wysoko wartość merytoryczną, ponieważ ta pozycja nie przekazuje jako takiej wiedzy na ten temat. Wymienione przeze mnie braki nie powinny być prawdopodobnie kładzione na barki autorki, lecz osoby, która przesłała tę książkę Mądrym Książkom – może po prostu nie doczytała, jakimi publikacjami się zajmujemy.

W związku z powyższym, zastanawiałam się, czy recenzować tę pozycję, ale po konsultacji z redakcją stwierdziłam, że jeśli książka do mnie wpłynęła to jestem winna jej omówienie. Wróćmy więc do tematu. Jak już wskazałam – w kwestii merytorycznej nie mam podstaw, by wysoko ocenić tę książeczkę. Wciąż jednak mogę przeanalizować jej atrakcyjność. Jeśli chodzi o kwestie językowe to warto zwrócić uwagę na to, że rymowanka będąca treścią książki utrzymana jest w dowcipnym tonie, a sam wiersz jest schludny, szybki i foremny. Niestety, nadal twierdzę, że nie bardzo nadaje się dla dzieci.

Jeśli zaś mowa o części graficznej, to wkraczamy na bardzo grząski grunt. To, co się komu podoba, a co nie, jest rzeczą bardzo względną. Jednakże, jeśli potraktujemy tę książeczkę jako pozycję artystyczną, to subiektywne ocenianie zawartości jest niejako wpisane w jej definicję. Nie owijając dłużej w bawełnę powiem wprost – mnie się ta estetyka nie podoba w książce dla dzieci. Nie chodzi mi oczywiście o to, że literatura dla najmłodszych powinna być ilustrowana w stylu księżniczek, brokatu lub wyskakujących z lewa na prawo banerów, wykrzykników i jaskrawych barw. Jestem jak najdalsza od sympatyzowania z estetyką w stylu „Fakt Junior”. Niebanalne formy i barwy są, według mnie, jak najbardziej wskazane. Ale wydaje mi się, że w tych kwestiach musimy czasami oddać głos dzieciom, a one – czy nam się to podoba czy nie – zwłaszcza do pewnego wieku lubią kontrastujące, zdecydowane kolory i gładkie kształty przedstawiające estetyczne postaci.

Oczywiście, z gustem estetycznym jest podobnie jak z gustem kulinarnym i możecie powiedzieć, że dzieci po prostu trzeba uczyć wyrafinowanych smaków. Idąc za tą analogią – pewnie, że warto oferować dziecku zupę-krem z brokułów, a nie parówki. Ale niech podniesie rękę ten, kto nigdy nie spasował i nie dał dziecku po prostu tego, co ono najzwyczajniej w świecie lubi jeść.

Podsumowując, bardzo doceniam starania autorki – by stworzyć pozycję niebanalną, przesiąkniętą artystycznym smakiem. Bardzo też doceniam wkład wydawnictwa, które zdecydowało się wydać polską autorkę w nieszablonowej odsłonie, a nie kolejne tłumaczenie zagranicznego bestsellera. Ale według mnie, książka ta po prostu nie była w wystarczającym stopniu „testowana” na grupie docelowej. A co ważniejsze – nie jest pozycją popularnonaukową i nie przekazuje dzieciom istotnej wiedzy na temat otaczającego świata.

[1] Tak twierdzą na przykład przedstawiciele fundacji „ABCXXICała Polska Czyta Dzieciom” w swoim regulaminie odnoszącym się do konkursu na wartościową książkę dla dzieci (http://www.calapolskaczytadzieciom.pl/regulamin-konkursu-val)

Kategorie wiekowe: , , , ,
Wydawnictwo:
Wartość merytoryczna
Atrakcyjność treści
Poziom edytorski
OCENA
Należy docenić starania autorki - chciała stworzyć pozycję niebanalną, przesiąkniętą artystycznym smakiem. Ale książka ta po prostu nie była w wystarczającym stopniu „testowana” na grupie docelowej. A co ważniejsze – nie jest pozycją popularnonaukową i nie przekazuje dzieciom istotnej wiedzy na temat otaczającego świata.

Autor

Pisarz. Lekarz weterynarii. Nałogowa kolekcjonerka opowieści i kofeinistka.
Inline
Inline
Google+