Cicha władza mikrobów

Cicha władza mikrobów

Autor: Alanna Collen

  • Tłumaczenie: Roman Palewicz
    Tytuł oryginału: 10% Human
    Wydawnictwo: Bukowy Las
    Data wydania: 16 stycznia 2019
    ISBN 978-83-8074-037-2
  • Wydanie: papierowe
    Oprawa: półtwarda
    Liczba stron: 360

Jak i dlaczego drobnoustroje w ciele człowieka wpływają na zdrowie i szczęście.

W człowieku jest tylko 10% człowieka. Na każdą z komórek ludzkiego ciała przypada dziewięć uzurpatorskich obcych komórek, nie składamy się więc tylko z mięśni i kości, ale także z bakterii i grzybów. Jesteśmy chodzącymi koloniami drobnoustrojów!

Do niedawna uważano, że te mikroby prawie nie mają znaczenia, ale odkrycia naukowe dowodzą, że one tak naprawdę zarządzają naszymi organizmami, a bycie zdrowym człowiekiem jest bez nich niemożliwe.
W swej odkrywczej, przełomowej książce brytyjska biolog Alanna Collen omawia najnowsze badania naukowe, ukazując, jak drobnoustroje zasiedlające ciało człowieka wpływają na wagę, układ odpornościowy, zdrowie psychiczne, a nawet życiowe wybory! Twierdzi, że wiele współczesnych chorób, i to nie tylko schorzeń jelit, ma źródła w tym, że nie potrafimy pielęgnować najbardziej podstawowej i trwałej relacji, tej, która łączy nas z osobistą kolonią mikrobów. Dobra wiadomość jest taka, że w przeciwieństwie do komórek ludzkich, możemy modyfikować żyjące w nas mikroby.

informacja wydawcy

Nauka jest obiektywna. Mówi językiem obliczeń oraz faktów. Tym właśnie różni się od wierzeń – niezależnie od poglądów obserwatora, wnioski z danego doświadczenia zawsze powinny być takie same. Niestety, to idylliczne założenie ma niewiele wspólnego z prawdą. Owszem, prawa fizyki czy chemii pozostaną takie same, niezależnie od tego, czy w nie wierzymy, czy też nie. Jednak interpretacja wyników, jakie uzyskano w doświadczeniach może wymagać ekspertów, którzy mają duże doświadczenie i wiedzą, jak uniknąć nadmiernego uproszczenia. Dlaczego o tym piszę? Ponieważ książka, którą zamierzam dziś zrecenzować niestety nie ustrzegła się przed błędami nadinterpretacji.

Najpierw ludzkość w ogóle nie wierzyła w to, że mikroorganizmy istnieją i mogą być zagrożeniem dla naszego zdrowia. Nawet wielkie umysły świata medycyny nie chciały przyznać, że śmiertelne choroby mogą być wywołane przez coś, czego nie widać… Na przykład, przez bakterie, które przenosimy na brudnych dłoniach. (Kto nie wie, o co chodzi niech sobie zgoogluje historię Ignaza Semmelweisa.) Kiedy już uwierzyliśmy w mikroby, uczyniliśmy z nich głównych winowajców wszystkich dolegliwości. Całe szczęście, pojawiły się antybiotyki i nauczyliśmy się, jak zwalczać naszych maleńkich, ale groźnych wrogów. Nasza nienawiść do świata mikrobów trwała przez kilka ładnych dekad, aż w końcu wśród naukowców zaczęły się pojawiać głosy (oraz badania) świadczące o tym, że nie takie bakterie złe, jak je malują. Niektóre nie tylko nam nie szkodzą, ale wręcz mogą nam pomagać. Co więcej – część z nich ani nie pomaga, ani nie szkodzi, ale po prostu żyje z nami, tworząc razem z makroorganizmem człowieka kompletną całość.

No i wtedy świat znowu oszalał na punkcie mikroorganizmów oraz mikrobiomu. Zgodnie ze starą zasadą – że my, ludzie, w niczym nie znamy umiaru, teraz nagle pokochaliśmy mikrobiotę jelitową, pochwową, skórną i wszelką inną. Zakochaliśmy się w mikroorganizmach, w probiotykach dla dzieci, dla kobiet w ciąży, dla noworodków po cesarce, dla osób starszych, dla dysbiotyków, dla spragnionych nowej recepty na szczęście… Z wrogów numer jeden mikroorganizmy stały się największymi bohaterami ludzkości. Na fali tej fascynacji powstało całe mnóstwo nowych publikacji, nagrań, podręczników i recept na życie. I to jest właśnie ten moment, w którym docieramy do „Cichej władzy mikrobów” popełnionej przez Alannę Collen – książki o tyle niebezpiecznej, że oferującej na równi wiedzę o bardzo wysokim poziomie oraz nadinterpretację i przesadę.

„Cicha władza mikrobów” to publikacja, która już na okładce kusi nas receptą na szczęście:

„Jak drobnoustroje w ciele człowieka wpływają na zdrowie i szczęście.” Jest to również książka, która już w pierwszym akapicie okładkowego opisu zawiera błędną informację: „W człowieku jest tylko 10% człowieka. Na każdą z komórek ludzkiego ciała przypada dziesięć uzurpatorskich obcych komórek, nie składamy się więc tylko z mięśni i kości, ale także z bakterii i grzybów. Jesteśmy chodzącymi koloniami drobnoustrojów.”

Niestety, chociaż brzmi to bardzo atrakcyjnie, ten często powielany mit ma niewiele wspólnego z prawdą. Nasze własne komórki wcale nie stanowią 10% wszystkich komórek. Owszem, bakterie bardzo licznie zasiedlają nasze ciało, ale ten szacunek jest mocno przesadzony. W rzeczywistości, liczba bakterii, które nosimy w sobie i na sobie jest mniej więcej taka sama, jak liczba naszych własnych komórek… Z jednym zastrzeżeniem. Zdecydowana większość mikroorganizmów zasiedlających nasze ciała znajduje się w masach kałowych w jelicie grubym, a po każdym wypróżnieniu tracimy około jedną trzecią „naszych” mikroorganizmów. Dowodzą tego publikacje naukowe z najwyższych półek:

Sender, R., Fuchs, S., & Milo, R. (2016). Are we really vastly outnumbered? Revisiting the ratio of bacterial to host cells in humans. Cell, 164(3), 337-340.

Sender, R., Fuchs, S., & Milo, R. (2016). Revised estimates for the number of human and bacteria cells in the body. PLoS biology, 14(8), e1002533.

Bianconi, E., Piovesan, A., Facchin, F., Beraudi, A., Casadei, R., Frabetti, F., & Perez-Amodio, S. (2013). An estimation of the number of cells in the human body. Annals of human biology, 40(6), 463-471.

Dlaczego w ogóle czepiam się takich „szczegółów”? Cóż, po pierwsze dlatego, że mówimy tu o publikacji popularnoNAUKOWEJ, a nauka znana jest z tego, że przywiązuje „dość” dużą wagę do skrupulatności. Jest to szczególnie ważne, gdy sprawa dotyczy kwestii medycznych, zdrowotnych. Wyobraźcie sobie, że bez dbałości o dokładne wyliczenia dawkowano by leki („5 ml kodeiny czy 50 ml… a, co za różnica”), wykonywano operacje („usunąć tylko wyrostek robaczkowy, czy całe jelito… a, co za różnica”), czy nawet – mierzono temperaturę („dziecko ma temperaturę 35 czy 40 stopni… a, co za różnica”). Druga przyczyna mojego „czepialstwa” jest taka, że w przypadku „Cichej władzy mikrobów” zbudowano całą publikację wokół jednej błędnej informacji. Ba! W anglojęzycznym oryginale już sam tytuł zawiera błąd: „10% Human. How Your Body’s Microbes Hold the Key to Health and Hapiness”.

Konsekwencją powyższych błędów są kolejne nieprawidłowości, jakie zawarto w „Cichej władzy mikrobów”. Najważniejsze z nich dotyczą właśnie zbyt szybkiego i uproszczonego przechodzenia od pojedynczego wyniku do wniosku. Owszem, nasza wiedza na temat roli mikrobiomu w życiu człowieka wzrasta teraz w ogromnym tempie. Mimo to (a może właśnie dlatego), musimy bardzo ostrożnie podchodzić do interpretowania zjawisk. Przykładowo, to że mikrobiom pacjentów chorujących na niektóre schorzenia różni się od mikrobiomu osób zdrowych nie musi oznacza, że mikrobiota jest tutaj przyczyną. Przecież to, że wiosna i przyloty bocianów do Polski korelują ze sobą nie oznacza, że sezon lęgowy tych ptaków wydłuża dzień świetlny, prawda?

Dodatkowo, w „Cichej władzy mikrobów” znajduje się sporo bardzo nieładnych potknięć. Na przykład:

  • typowe dla pseudonauki idealizowanie przeszłości (że niby kiedyś nie było tylu chorób),
  • zbyt uproszczone diagnozowanie schorzeń o różnych patogenezach („dysbioza stanowi sedno chorób XXI wieku”),
  • nadmierna ufność wobec nieudowodnionych jednostek chorobowych (rzekomy zespół jelita przeciekającego),
  • traktowanie na równi badań o odmiennym poziomie jakościowym (przyznawanie racji niewielkim badaniom o wątpliwej metodyce, a nie obszernym, wiarygodnym metaanalizom).

I wreszcie wisienka na torcie – autodiagnoza oparta o luźne wątki o wątpliwym powiązaniu. Tutaj pozwolę sobie zacytować [strona 333]:

„Zaintrygował mnie fakt, że pośród grup [bakterii] wykrytych w mojej próbce [kału] niezwykle dużą część stanowił rodzaj o nazwie Suterella. W trakcie mojej choroby rozwinęła się u mnie skłonność do tików – w okresach, kiedy byłam zmęczona, mięśnie mojej twarzy i szyi nagle mimowolnie się kurczyły. A Suterella, jak się dowiedziałam, wykazuje również zwiększoną obecność u osób z autyzmem, z których wiele cierpi na tiki podobne do moich. Zastanawiałam się, czy ten nadmiar może być odpowiedzialny za moje tiki.”

Szukanie na własną rękę takich powiązań, jak w przytoczonym powyżej przykładzie jest – delikatnie mówiąc – nieprofesjonalne. I o ile może się pojawić w luźnych rozmyślaniach osób niezwiązanych z nauką, o tyle nie powinno znajdować się w publikacji popełnionej przez naukowczynię.

W mojej recenzji padło wiele gorzkich słów. Czy to jednak oznacza, że „Cicha władza mikrobów” jest książka bezwartościową? Absolutnie nie. Powiem więcej: około siedemdziesiąt procent tej publikacji to popularyzacja nauki na bardzo dobrym poziomie. Ciekawe porównania, porywający język, atrakcyjna narracja, powoływanie się na wiele badań i obserwacji własnych. Niestety, te bardzo dobre elementy nie wytrzymały pod ciężarem błędów, których w książce takiej, jak ta nie powinno być. To wszystko sprawiało wrażenie, jakby autorka – na co dzień wiarygodna popularyzatorka nauki o dużej wiedzy – siadła do pisania na fali zbyt dużych emocji. Jej osobiste zaangażowanie (Collen przytacza ze szczegółami swoje własne przeprawy z walką o zdrowie) sprawiło, że opublikowała książkę, która nie została zweryfikowana na chłodno. Tak, jakby w twórczym uniesieniu rzuciła się w wir badań naukowych dotyczących mikrobiomu i napisała całą książkę z wypiekami na twarzy w jedną noc. Bez konsultowania jej z kimkolwiek. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że zabrakło tu właśnie dobrej konsultacji merytorycznej i doradztwa naukowego. Gdyby ktoś z zewnątrz – znający się na rzeczy – przeczytał „Cichą władzę mikrobów” i doradził dokonanie w niej stosownych korekt, książka ta miałaby ogromne szanse na bycie gwiazdą popularyzacji nauki.

Na koniec dwa ogłoszenia parafialne. Po pierwsze, jeśli interesuje Was tematyka mikrobiomu, ale chcecie zapoznać się z nią na wysokim poziomie merytorycznym – bez potknięć, które popsuły książkę Alanny Collen, zachęcam do publikacji, którą w Mądrych Książkach recenzowaliśmy w zeszłym roku (kliknij tutaj!). Po drugie zaś, chciałabym zauważyć, że „Cicha władza mikrobów” jest pierwszą publikacją popularnonaukową z wydawnictwa Bukowy Las, co do której miałam zastrzeżenia merytoryczne. Książki, które do tej pory do mnie trafiały cechowały się najwyższą jakością – tak naukową, jak i popularyzatorską (Zwłaszcza „Rewolucyjny geniusz roślin”, „Błyskotliwa zieleń” czy „Przemiany ludzkiego ciała”). Dlatego też traktuję omówione przeze mnie błędy jako potknięcia i daję szansę kolejnym publikacjom tego wydawcy.

Kategorie wiekowe:
Wydawnictwo:
Format:
Wartość merytoryczna
Poziom edytorski
Atrakcyjność treści
OCENA

Autor

Pisarz. Lekarz weterynarii. Nałogowa kolekcjonerka opowieści i kofeinistka.
Google+