Darwin, Bóg i sens życia. Dlaczego teoria ewolucji zmienia wszystko

Darwin, Bóg i sens życia. Dlaczego teoria ewolucji zmienia wszystko

Uwaga niemądra książka!
Autor: Steve Stewart-Wiliams 

  • Tłumaczenie: Piotr J. Szwajcer
    Konsultacja naukowa: BRAK
    Tytuł oryginału: Darwin, God and the Meaning of Life. How Evolutionary Theory Undermines Everything You Thought You Knew
    Wydawnictwo: CiS
    Data wydania: 2014
    ISBN: 978-83-61710-12-7
  • Wydanie: papierowe
    Oprawa: miękka
    Liczba stron: 416
Czy religia i nauka są skazane na konflikt? Czy można wierzyć w Boga i w pełni akceptować wszystkie wnioski wypływające z teorii ewolucji (i na odwrót)? Czy w świetle odkryć współczesnej biologii – i innych nauk – człowiek nadal jest „ukoronowaniem stworzenia”, a życiu ludzkiemu przysługuje „przyrodzona świętość”? Czy bez Boga nie ma moralności, a życie ludzkie jest bezcelowe i jałowe? Czy sens życiu nadaje tylko wiara religijna, czy też nauka mówi nam o nim coś ważnego? Te – i podobne – pytania ludzie zadają sobie od wieków, ale po Darwinie musieliśmy nauczyć się odpowiadać na nie w zupełnie nowy sposób. I wierzący, i niewierzący. Dlaczego ewolucjonizm – „niebezpieczna idea Darwina” – stał się tak wielkim wyzwaniem dla naszej wizji samych siebie? Jak zmienił nauki o człowieku i jak zmienił religię?
W książce Bóg, Darwin i sens życia na te pytania kompetentnie i wyczerpująco, a przy tym z niekłamanym talentem pisarskim i poczuciem humoru, odpowiada dr Steve Stewart-Williams, wykładowca psychologii ewolucyjnej na Swansea University, absolwent biologii i filozofii na Massey University i McMaster University, autor kilku książek i licznych publikacji poświęconych między innymi filozofii biologii i ewolucji altruizmu. Przydatna (i zajmująca) lektura dla wszystkich, którzy chcieliby zrozumieć implikacje teorii ewolucji. z opisu wydawcy

Wśród protagonistów ewolucjonizmu i w ogóle zwolenników postawy naukowej w podejściu do otaczającego nas świata są postacie mniej i bardziej radykalne. Nawet jednak tacy zagorzali ich piewcy jak Richard Dawkins mimo wszystko trzymają się (lub przez dłuższy czas trzymali się) podstaw naukowej argumentacji i respektują istnienie granic naukowego poznania. Teksty tych autorów, nawet te najbardziej „zjadliwe” względem innych punktów widzenia, zachowują przynajmniej rygor logiki i uczciwego budowania argumentacji.

Powstają też niestety książki próbujące nieudolnie naśladować taki nurt. Należy do nich omawiana pozycja. Jeśli jej Autor czegokolwiek dowodzi, to tylko własnej niekompetencji. Jego praca jest naukowo niedopuszczalna. Nie powinno się etykietować autorów, ale aż kusi żeby ostro skomentować jego postawę.

Jestem przyrodnikiem i pozornie teksty traktujące o ewolucjonizmie, tudzież o naukowym (w tym antropologicznym) wyjaśnianiu otaczającego nas świata powinny być mi bliskie. Szczególnie mogłoby to dotyczyć koncepcji aplikujących neoewolucjonizm do zagadnień kulturowych (w tym społecznych, religijnych, a nawet pewnych kwestii teologicznych).

Racjonalne podstawy pewnych zachowań i postaw ludzkich, czy reguł funkcjonowania społecznego istnieją i również w mojej opinii można je przekonywująco wskazać i uzasadnić. Należy jednak zachować w takich rozważaniach daleko idącą ostrożność, rozwagę, krytycyzm, a ponadto delikatność, pamiętając, że dotykamy zagadnień szalenie ważnych dla każdego człowieka. Dodam jeszcze, że kwestie te czasem ex definitione wymykają się logicznemu rozumowaniu i tak powinno pozostać. Nie znajduję w sobie uprzedzeń czy awersji do książek ewolucjonistycznych, antropologicznych, psychologicznych i podobnych, ale omawiana książka mnie odrzuciła.

Autor nie ma pojęcia o naukowej argumentacji, albo skrzętnie to pojęcie ukrywa. Podejrzewam jednak, że również z premedytacją wykorzystuje zaufanie (lub niewiedzę) czytelnika częstokroć opierając swoją „argumentację” o ukryte założenia, co bardzo zmienia wydźwięk całego tekstu. W książce znajdziemy odwołania do wielu różnych autorów. Są one jednak podane bardzo stronniczo, pokrętnie, wyrwane z kontekstu, przez co ich sens często został przeinaczony. Na dodatek zestawione są tak, aby osiągnąć efekt zamierzony przez piszącego, a nie wyważyć opinię na bazie wielu cytatów, danych i poglądów.

Przede wszystkim Stewart-Wiliams notorycznie miesza porządki rozumowania i argumentacji. Nigdzie nie pisze tego wprost, ale opiera się na założeniu, że nie ma niczego, co przekraczałoby możliwości ludzkiego umysłu i poznania. Cała argumentacja Autora wręcz zbudowana jest na kategorycznym stwierdzeniu, że nie istnieje nic poza naszym postrzeganiem i zrozumieniem. Innymi słowy nadprzyrodzone ma nie istnieć. Gdyby napisał to wprost i uczciwie potraktował dalszy wywód, to cała książka byłaby w zasadzie niepotrzebna. Autor robi jednak inaczej. Ukrywając swoje podstawowe założenie próbuje wtłoczyć Boga i w ogóle pojęcie bóstwa w ramy logiki, racjonalności, czasu, itd. (np. s.52: „przytomny i zdrowy na umyśle Bóg”). Przekreśla tym samym podstawy pojmowania takich pojęć i Osób nie tylko w każdej mitologii (i tradycji kulturowej), ale też w antropologii. Eliadowski homo religiosus staje się dla niego godnym pogardy „dzikusem”, który nie wie, że Bóg jest co najwyżej równy człowiekowi, albo w ogóle jest jedynie imaginacją „nieoświeconych”.

Takich uproszczeń jest w książce co niemiara. Poruszając trudne kwestie teologiczne, filozoficzne, etyczne, a nawet semantyczne Autor zazwyczaj formułuje swoją opinię, a następnie, nie siląc się nawet na jakąkolwiek argumentację zaczyna ja w dalszych częściach traktować jako dogmat. Na przykład zrównuje zło z bólem i to bólem fizycznym. Ten klasyczny już argument przeciwko istnieniu Boga, a przynajmniej chrześcijańskiego Boga („skoro istnieje i jest dobry, to dlaczego mamy tyle zła na świecie”) jest w książce radykalnie spłycony i zwulgaryzowany. To żenujące podejście można wyjaśnić (ale nie usprawiedliwić!) skalą problemów, które Autor zawiera w swoim tekście. Mamy wrażenie, że pisze on o wszystkim, o ewolucji, etyce, kosmologii, Biblii, astrofizyce, światach równoległych, mitologii, życiu pozaziemskim, moralności, geologii, sensie życia, metakategoriach… W takim galimatiasie trudno się zorientować, nie sposób też ufać rzetelności piszącego, który nawet nie udaje że cokolwiek zgłębił, albo jakiekolwiek z poruszanych zagadnień wystarczająco dobrze przemyślał. Kiedy czyta się kolejne jednozdaniowe podsumowania problemów z własnej dziedziny, które od dziesięcioleci budzą gorące dyskusje wśród specjalistów, nie wiadomo, czy odczuwa się bardziej zażenowanie, czy wściekłość. Kolejne rozdziały przypominają (proszę młodszych czytelników o wybaczenie) wypracowania gimnazjalisty, ze wstępem rozwinięciem i niezbyt przekonywującym – ale pełnym samozadowolenia – zakończeniem-wnioskami.

W tej sytuacji wielokrotne stawiany przez Stewart-Wiliamsa zarzut bełkotliwości tekstów religijnych należałoby skierować przed wszystkim do niego samego. Ów zarzut dowodzi zresztą zupełnego niezrozumienia specyfiki tekstu religijnego i mijającego się z celem przykładania do niego kategorii recenzji naukowej. Natomiast podobno popularnonaukowa książka Stewart-Wiliamsa sama pełna jest nieprawdopodobnych kuriozów i zdumiewających dowodów ignorancji (lub nierzetelności). Na przykład w przypisie na s. 78 znajdujemy twierdzenie, że religia i wiara w Boga nie istniałaby w ogóle na Ziemi gdyby ludzie nie stykali się z tymi pojęciami i kategoriami przed 20. rokiem życia. Na końcu wspomnianego akapitu znajduje się stwierdzenie „nauki religijne nie są najbardziej przekonujące”. Nie bardzo wiadomo jak skomentować cały ten fragment. Czyż Autor nigdy nie słyszał o wspomnianym tu już eliadowskim pojęciu homo religiosus? Co powoduje, że z taką dezynwolturą wrzuca do kosza antropologiczne spostrzeżenie, iż nie istnieje na świecie żadna kultura areligijna? Czy pojęcie „nauki religijne” nie jest oksymoronem? Zresztą Autor sam jest człowiekiem głęboko religijnym. Jest wyznawcą rozumu. Nie dopuszcza istnienia niczego poza nim, ludzki rozum jest dla niego ostateczną instancją, wyjaśniającym i wyjaśnieniem. Bóg wedle Stewart-Wiliamsa jest i ma pozostać racjonalny, logiczny, zrozumiały dla człowieka i oczywiście antropomorficzny. Innego Autor nie zna i nie chce znać.

Nie tylko żaden czytelnik, ale w ogóle nikt nie lubi, kiedy traktuje się go lekceważąco. Autor tego tekstu daje zaś od początku i nieustannie czytelnikowi do zrozumienia, że jeśli się z nim nie zgadza to jest w najlepszym razie biednym i nieszczęśliwym ślepcem, a tak naprawdę skończonym głupcem (tylko może tego nieświadomym). Autor jest bezczelnym dogmatykiem skrywającym swoje pozbawione tolerancji, zacięte oblicze pod płaszczykiem naukowości. Całość pisana jest z zacietrzewieniem i jest bardziej propagandą niż popularyzacją. Jeśli nawet Autor sporadycznie przytacza prawdziwe stwierdzenia, to całość jego wywodu jest tak bełkotliwa, że szkoda poświęcać tej pozycji jakąkolwiek uwagę.

Poza wszelkimi zarzutami natury logicznej, metodologicznej czy faktograficznej, które można by wysunąć, książka jest po prostu „przegadana”. Dziesiątki stron (np. na wstępie) zajmują akapity o tym, co Autor napisze dalej. W sumie te opisy książki w książce stanowią ponad 15% całości. Kolejnych kilka procent to proste wyjaśnienia czym jest ewolucja i jak wspaniałe są teorie o niej traktujące.

Książka niewarta była tłumaczenia (a zasadzie w ogóle napisania), niewarta była druku (który zresztą obfituje w błędy składu, jak na przykład całe „sklejone” linijki tekstu), niewarta jest ani kupna, ani czytania. Jest to najgorszy gniot jaki ostatnio miałem w rękach. Mam nadzieję, że prędko na coś tak złego i szkodliwego nie trafię. Odradzam!

W komplecie do tego omówienia polecam zerknięcie na pozycję z drugiej strony „barykady”: D. D’Souza – To wspaniałe chrześcijaństwo.

Kategorie wiekowe:
Wydawnictwo:
Wartość merytoryczna
Atrakcyjność treści
Poziom edytorski
OCENA
Książka niewarta była tłumaczenia, niewarta była druku, niewarta jest ani kupna, ani czytania...

Autor

archeolog latynoamerykanista, geolog, alpinista
Inline
Inline
Google+