To wspaniałe Chrześcijaństwo

To wspaniałe Chrześcijaństwo

Uwaga niemądra książka!
Autor: Dinesh D’Souza

  • Tłumaczenie: Katarzyna Korzeniewska, Artur Wołek
    Konsultacja naukowa: BRAK
    Tytuł oryginału: What’s great about Christianity
    Wydawnictwo: Rafael
    Data wydania: 2011
    ISBN: 978-83-7569-227-3
  • Wydanie: papierowe
    Oprawa: twarda
    Liczba stron: 468
Czy chrześcijaństwo jest przestarzałe? Czy inteligentny, wykształcony człowiek może wierzyć w Biblię? A może to ateiści maja rację? Czy chrześcijaństwo zostało obalone przez naukę? Zdyskredytowane jako rzekoma siła działająca na rzecz dobra? Skompromitowane jako fałszywa latarnia moralności?

Prowokująca i fascynująca książka zarówno dla poszukujących, sceptyków, jak i wierzących. Znakomita rozprawa z mitami ateizmu!z opisu wydawcy

Postarałem się równolegle przesłać do portalu Mądrych Książek moje refleksje na temat dwóch książek. Pierwsza – Bóg, Darwin i sens życia – jest autorstwa Steve’a Stewart-Wiliamsa, druga – To wspaniałe chrześcijaństwo – Dinesha D’Souzy. Różni te książki wiele, pisane są wszak przez osoby pozostające wobec siebie w radykalnej opozycji światopoglądowej, jedno je natomiast łączy – obie są tak złe, że nie powinny powstać, zostać wydane ani być czytane. Szkoda na nie czasu.

Ponieważ chrześcijaństwo jest faktycznie religią wspaniałą choć trudną zarówno intelektualnie, jak również emocjonalnie i praktycznie, zaczynałem czytać tę książkę z nadzieją i uwagą. Niestety szybko zawiodłem się całkowicie i dalej było już tylko gorzej. Treść książki przepełniona jest hurra-optymizmem, ale jednocześnie intelektualnie miałka, a Autor porusza ważne i trudne tematy z przysłowiową „gracją słonia w składzie porcelany”. Uproszczenia i spłycenia ważkich problemów są tak duże, że konkluzje stają się niewiarygodne lub często błędne.

Co najmniej niestosowne jest dawanie czytelnikowi do wyboru fałszywych alternatyw. Szczególnie, kiedy czytelnik nie jest przygotowany i wyczulony na takie nieetyczne chwyty retoryczne. Przykładem może być zbudowana na s. 31-32 wizja ludzkości jako dwóch plemion: świeckiego i religijnego. Pierwsze nie ma wyjaśnień, celu i sensu życia, drugie zaś jest pełne „ożywczego pojęcia sensu” dzięki czemu „ma większe szanse, by przetrwać, rozwinąć się i rozrosnąć liczebnie”. Wielokrotnie powtarza się w tekście zasugerowana tutaj teza, że „religijność” jest efektem dostosowania (ang. „fitness”) w tzw. „walce o przetrwanie” i im większa religijność tym większy sukces ewolucyjny (reprodukcyjny) jednostek i grup. Autor sam sobie zresztą przeczy pisząc wcześniej, że wzrost ilości chrześcijan nie jest wynikiem ich przyrostu naturalnego, ale konsekwencją nawróceń i nowych chrztów. Myślę, że komentarz do tego galimatiasu socjobiologiczno-teologicznego nie jest potrzebny. Tezy przyrodnicze i antropologiczne traktowane są z równie żenującym brakiem refleksji, wyciągane z kontekstu i pozbawiane jakiejkolwiek dyskusji, która przecież wszystkim z nich od początku nieustannie towarzyszy.

Takie rażące uproszczenia są niestety w tym tekście normą. Autor dowolnie, w zależności od swojego widzimisię i na potrzeby bieżącej narracji używa socjologii, psychologii czy antropologii, w żadną z tych dziedzin ani ich pojęć nie zagłębiając się w stopniu pozwalającym na uczciwą argumentację. Jest on niezmiernie pewny siebie i swoich racji. Postępuje w tekście niczym adwokat, który swoim zdecydowaniem i sprytnym dobraniem oraz przedstawieniem faktów, argumentów i interpretacji ma tylko przekonać ławę przysięgłych do swoich subiektywnych twierdzeń. D’Souza często posługuje się formułą „jak już udowodniłem w poprzednim rozdziale”, podczas kiedy uważny czytelnik żadnego dowodu tam nie znajdzie. Większość akapitów książki dowodzi jedynie, że jeśli zamaże się wystarczająco jakiś obraz, to można zobaczyć na nim, to co się chce zobaczyć. Założenia traktowane są w książce jako dowody (np. rozdział 12), fakty są przeinaczane wedle potrzeb bieżącej narracji (s. 159 „wiemy, że darwinizm…”). Błędy kategorialne są chlebem powszednim w publikacji D’Souzy.

W tej książce znajdziemy także nieudolne dowodzenie istnienia Boga (po wielowiekowych sporach, siedem stron tekstu wystarcza D’Souzie, aby stwierdzić „już udowodniłem”). Te żenująco słabe wysiłki (wykorzystujące też teorie naukowe, s. 11) są lustrzanym odbiciem zabiegów retorycznych Stewart-Wiliamsa. Niektóre fragmenty są minimalnie lepsze od pozostałych, ale Autor obnaża się jako dyletant w większości poruszanych tematów. Jest showmanem, który dba głównie o autopromocję więc nie ma czasu na studiowanie trudnych zagadnień. Jego wiedza jest płytka i najwyraźniej oparta na popularnych źródłach i obiegowych opiniach. Wiele przytaczanych argumentów to dawno przebrzmiałe poglądy z lamusa różnych dziedzin nauki (np. teorie pochodzenia religii autorstwa E.B. Taylora). Bardzo często Autor myli lub miesza pojęcia (np. wiara-religia-kościół), na takich nieporozumieniach i nieścisłościach budując absurdalne „gmachy” argumentacji.

D’Souza uparcie widzi opozycję my-oni, czyli religijni i ateiści. Ci ostatni okazują się zresztą być bardzo pojemną kategorią (co szeroko omówione jest na s. 38, a sprowadza się do tego, że każdy kto nie zgadza się z Autorem jest ateistą). Pomimo swojego wewnętrznego zróżnicowania ateizm i ateiści okazują się zresztą spójną, wojującą i dobrze zorganizowaną armią: „zaniepokojeni tym, że na całym świecie religia rośnie w siłę, ateiści Zachodu wystąpili ostatnio bardziej otwarcie, w sposób wojujący” – ich imperium kontratakuje. W tym miejscu, znów przecząc sobie samemu (wspominaliśmy już wyżej o jego twierdzeniach na temat demograficznego sukcesu wierzących), Autor twierdzi, że ilość osób religijnych na świecie spada, co jest wynikiem owego kontrataku. Tak oto widząc „drzazgę w oku bliźniego” D’Souza stawia się w tym samym szeregu demagogów, w którym stoją Dawkins, Dennett, czy przede wszystkim omawiany na tych łamach Stewart-Wiliams. Wszyscy oni stosują te same zabiegi: wyrwanie twierdzenia, wniosków z kontekstu i przeinaczenie ich sensu; ignorowanie niewygodnych danych, nieetyczne wręcz upraszczanie problemów, aby wpasowały się w wymyśloną narrację. Wszystkich tych autorów charakteryzuje zupełny brak szacunku dla rozmówcy, dogmatyzm i nonszalancja. Wśród wielu prawdziwych zdań, pozornie niewinnych twierdzeń przemycane są nieprawdy i z tej „mikstury” budowana jest zupełnie fałszywa argumentacja, mająca tylko pozory naukowości. Wzajemnie zarzucają sobie nierzetelność i kłamliwość samemu czyniąc dokładnie to samo i analogicznymi środkami. Wszyscy ci twórcy w efekcie bardziej szkodzą niż pomagają w czymkolwiek i komukolwiek.

Na marginesie można wyrazić zdziwienie, że wedle Autora darwinizm (neodarwinizm) odstręcza Amerykanów jako achrześcijański – zaś nie postrzegają jako takiej na przykład broni palnej, czy kary śmierci…

Po takich pracach oczekuję przede wszystkim uczciwości, rzetelnego i otwartego pisania zarówno o religii, jak i nauce. Omawiana książka jest zaś po prostu nieuczciwa. Kiedy po przebrnięciu przez tę żałosną i przykrą lekturę sięgnąłem do biogramu Autora, moje zdziwienie sposobem realizacji książki nieco się zmniejszyło. D’Souza jest prawicowym celebrytą. Zarabia na pisaniu i mówieniu o chrześcijaństwie więc jego przekaz musi być prosty, chwytliwy, najlepiej kontrowersyjny, żeby dobrze się sprzedawać i przynieść dochód Autorowi. Prawda jest natomiast o wiele bardziej prozaiczna. Jeśli w ogóle są jakieś dwa „plemiona”, obozy czy strony to trochę z racji jest po każdej z nich, brak tylko woli złożenia jej w całość. Obie książki (Stewart-Wiliams i D’Souzy) są jak dzieci przekrzykujące się w piaskownicy i sypiące sobie piaskiem w oczy w przekonaniu, że tak dowodzi się swoich racji. Obie charakteryzuje też zupełny brak szacunku dla rozmówców i czytelników. Obaj Autorzy zdają się zapominać, że nauka nie polega na dowodzeniu swoich racji, tylko na dążeniu do prawdy, zaś wiara nie polega na deprecjonowaniu innych poglądów, tylko na życiu Prawdą.

Książka jest edytorsko mizerna – wspomnę tylko o wielu błędach np. ortograficznych. Szczerze odradzam jakikolwiek kontakt z nią osobom, które szanują swoje nerwy, czas i energię poznawczą. Jednocześnie obiecuję, że sięgnę omówieniami także do pozycji wartych uwagi.

Wydawnictwo:
Wartość merytoryczna
Atrakcyjność treści
Poziom edytorski
OCENA
Książka jest bardzo kiepska... Szczerze odradzamy jakikolwiek kontakt z nią osobom, które szanują swoje nerwy, czas i energię poznawczą.

Autor

archeolog latynoamerykanista, geolog, alpinista
Inline
Inline
Google+